czwartek, 24 października 2013

4. Wspomnienia

— Viki! — pisnęła po chwili zdumienia Blanka, rzucając się starszej dziewczynie w ramiona.
— Co ty tu robisz? — spytała zaskoczona Victoria, odsuwając od siebie Blankę i patrząc na jej roześmianą twarz.
— Jestem u matki na wakacjach, a ty? — w głosie brunetki słychać było podekscytowanie.
— I vice versa — odmruknęła jej na to Victoria.
— Nie mówiłaś, że twoja matka pracuje w Leśnej Górze — powiedziała z wyrzutem Blanka.
— A od kiedy to twoja siostra jest twoją matką? — odparowała Viki, nie chcąc poruszać drażliwego tematu.
Blanka zamilkła, i strapiona podrapała się po głowie.
— No... Wiesz... Bo ona... — zaczęła kulawo.
— Dobra — przerwała jej Victoria. — Ja nie pytam się o twoją matkę, ty o moją. Pogadamy o tym później, nie psujmy sobie teraz humoru, co?
— Okay — mruknęła Blanka.
Spojrzała na bladą twarz dziewczyny i uśmiechnęła się szeroko.
— Opalenizna już zeszła, co?
— No, niestety. Izraelskie słońce to nie hiszpańskie — potwierdziła dziewczyna ze śmiechem.
— Idziemy? — Blanka skinęła głową w stronę ławki.
Victoria przez chwilę pomyślała o lotnisku i swoim bagażu, ale gdy spojrzała na roześmianą twarz Consalidy, machnęła zbywająco ręką.
— Jasne — skinęła głową i uśmiechnęła się szeroko.

Rozmawiały już ponad godzinę, gdy Blanka oznajmiła, że musi na chwilę wrócić do domu i wyłączyć obiad, by się nie spalił.
— Obiad? — spytała zdumiona Victoria, a potem wybuchnęła głośnym śmiechem. — Gotujesz? — wykrztusiła przez łzy rozbawienia, które płynęły jej po twarzy.
— A co w tym takiego dziwnego? — mruknęła Blanka urażonym tonem.
— Nie, nic — odparła na to Victoria, ciągle krztusząc się ze śmiechu.
— Jasne, śmiej się. Ale dla twojej wiadomości, pilnuję obiadu, który ugotowała Wiki.
Dziewczyna ruszyła w stronę hotelu rezydentów. Victoria, po chwili wahania, pobiegła za brunetką.
— Czekaj!
Blanka obróciła się i pokręciła głową, ale zaczekała na szatynkę.
— No sorry, kochanie. — Viki uśmiechnęła się słodko, tak jak tylko ona potrafiła.
Blanka spojrzała na przyjaciółkę, ale nie wytrzymała długo i parsknęła śmiechem, gdy dziewczyna do swojej słodkiej minki dołożyła oczy kota ze Shreka.
— No wiesz, zastanowię się, czy przyjąć te przeprosiny.
— Blanka! — Viki udała oburzenie.
— No co? — spytała tamta, udając niewiniątko.
— Nic, nic — westchnęła Victoria, a potem objęła młodszą dziewczynę ramieniem.
W ciszy ruszyły do hotelu, nie zauważając, że są przez kogoś obserwowane.

Victoria rozejrzała się po kuchni. Nie była zbyt duża, ale Blanka twierdziła, że jest w sam raz, gdyż rezydenci i tak większą część czasu przesiadywali w salonie lub swoich pokojach.
— Głodna? — spytała Blanka, a widząc, że Viki otwiera usta, by odpowiedzieć, dorzuciła: — Nie obiad, jest dopiero 10. Mam mnóstwo kanapek, Wiki chyba sądzi, że mam jakąś super przemianę materii, że tyle zjem. Masz — postawiła przed dziewczyną talerz z kanapkami, sok pomarańczowy i dwie szklanki.
Szatynka odruchowo sięgnęła po kanapkę i odgryzła kęs. Żuła ją, nawet nie zauważając jej smaku, gdyż myślała o czymś zupełnie innym. A mianowicie o tym, jak poznała Blankę.

Był ciepły, lipcowy poranek. Słońce świeciło mocno, jak to w Hiszpanii. Viki, pomimo włączonej klimatyzacji, czuła, że zaraz się ugotuje.
— Gorąco!
— No, coś ty — dziewczyna obróciła się, by zobaczyć za sobą Leroy.
— Nie bądź taka sarkastyczna, ciotuniu — rzuciła Viki, patrząc na blondynkę.
— Ej! — parsknęła Leroy, udając oburzenie.
— Tak? — odparła Victoria, z całych sił tłumiąc w sobie wybuch śmiechu.
Leroy pokiwała jedynie głową z uśmiechem, odrzucając do tyłu swoje blond włosy. Jej błękitne oczy roziskrzyły się na chwilę, póki Viki znowu się nie odezwała:
— Dziadek z tego wyjdzie, prawda? ? spytała płaczliwym głosem.
Leroy spojrzała na Victorię. Cholera.
— Nie płacz, mała —powiedziała, podchodząc do niej. — No, nie płacz —przytuliła dziewczynę.
Podczas gdy Victoria płakała, wtulona w Leroy, do kuchni niepostrzeżenie weszła Esme. Miała zaczerwienione oczy, a w dłoni trzymała komórkę. Jej brązowe włosy, spięte w wysoki kucyk, sięgały prawie do ramion. Brązowe oczy, pełne łez, patrzyły na dwójkę dziewczynek. I jak ona miała im to powiedzieć? Nie mogła. Nie teraz.

Po południu wszystkie trzy poszły odwiedzić dziadka. Jego choroba jelit postępowała, a lekarze nie mieli pojęcia, jak mogą jeszcze pomóc. Esme patrzyła na swojego ojca i siedzące przy nim Leroy i Victorię. Chciało jej się płakać. Nie miała pojęcia, jak ma im powiedzieć, że?

Tymczasem Victoria, kompletnie nieświadoma obecnego stanu rzeczy, przechadzała się po korytarzu. Esme wyprosiła ją i Leroy mówiąc, że musi na chwilę porozmawiać z dziadkiem sam na sam. Dziewczynki, nie mając innego wyjścia, zgodziły się, i teraz bez celu chodziły po korytarzach szpitala.
— Nudno, nie? — spytała Leroy.
— Yhym — odmruknęła jej Victoria, patrząc tępo w podłogę.
— Idę do łazienki, zaczekaj tu na mnie, jasne? — Viki pokiwała głową.
W końcu, cóż innego miałaby tu robić? Usiadła więc na pierwszym lepszym krześle i zaczęła wpatrywać się w drzwi łazienki, jakby to miało sprawić, że Leroy szybciej z niej wyjdzie. Victoria drgnęła, gdy ktoś zajął miejsce obok niej. Podniosła wzrok i dostrzegła dziewczynę, na oko młodszą od niej o rok lub dwa. Miała średniej długości czarne włosy, spięte w kucyk i niebieskie oczy.
— Hej — dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
— He — odmruknęła Victoria.
— Jestem Blanka, a ty? — spytała.
— Victoria.
— Nie jesteś z Hiszpanii, prawda?
— Nie, mieszkam w Izraelu.
— Więc co tu robisz? — spytała Blanka, patrząc na Viki z zainteresowaniem.
— Co roku spędzamy gdzieś wakacje z rodziną. Tym razem była to Hiszpania, ale dziadek zachorował i wylądował w szpitalu — powiedziała Victoria i wzruszyła ramionami, jakby chciała pokazać, że to nic takiego.
Co, oczywiście, wcale nie było prawdą.
— To dlaczego nie pojechaliście do domu? Znaczy, nie musieliście tu siedzieć, prawda? ? dopytywała Blanka.
— W tym roku pojechaliśmy tu tylko z dziadkiem i dwoma ciotkami. — Victoria stwierdziła, że nic nie straci, jeśli wytłumaczy sytuację Blance i kontynuowała: — Babcia została w domu z Mią i Noor, one mają dopiero cztery lata i nie zniosłyby długiej podróży. Mieliśmy jechać tu na miesiąc, a potem pojechać gdzieś bliżej, wszyscy.
Victoria zamilkła. Nie miała pojęcia, czemu mówi to wszystko Blance, ale od początku czuła do dziewczyny jakieś instynktowne zaufanie.
— A? Twoi rodzice? — Blanka zawahała się na chwilę.
— Mama jest lekarzem, dostała kontrakt w Nigerii. Tata pojechał razem z nią, a ja zostałam z dziadkami.
Blanka skinęła głową i sama zaczęła:
— Ja też jestem chora. Rodzice myślą, że nie wiem o wszystkim, ale się mylą.
— Więc? Co ci jest? — zapytała Viki, którą zainteresowała krótka opowieść Blanki.
— Potrzebuję przeszczepu wątroby.
Te słowa pobrzmiewały w głowie Victorii, gdy podeszli do nich rodzice Blanki.
— Jeszcze się spotkamy, nie martw się! ? rzuciła przez ramię Blanka i odeszła.


I, oczywiście, spotkały się. I to niejeden raz. Wymieniły się numerami telefonów i adresami. Dzwoniły, pisały listy i SMS—y. Potrafiły godzinami rozmawiać przez telefon, więc to niespodziewane spotkanie bardzo je ucieszyło. Przegadały resztę dnia i ani się zorientowały, jak nastał wieczór.
                                      
                                          *************
Jest kolejny rozdział, a my standardowo liczymy na komentarze ;)


                                                                                                                                                                                                   Anja & kinina

środa, 23 października 2013

3. Spotkanie

       Victoria westchnęła, rozglądając się po bufecie. Wczesna godzina na pewno nie sprzyjała jedzeniu, dlatego pomieszczenie było prawie puste. Dziewczyna machinalnie odgryzła kolejny kęs kanapki i znowu westchnęła. Spędzenie kolejnego dnia w szpitalu na pewno nie było jej marzeniem, ale musiała zaczekać na Hanę, która z pewnością miała dzisiaj dyżur. Gdyby miała przy sobie swoje rzeczy... O cholera!, pomyślała. Jej rzeczy ciągle były w przechowalni na lotnisku, a Viki powiedziała, że odbierze je wieczorem. Hana na pewno bardzo się ucieszy z przymusowej wizyty na lotnisku, pomyślała wściekła dziewczyna. Chyba że... Jej wzrok padł na portfel. Miała kasę w walizce, więc odda ją Hanie, jak tylko przyjedzie z lotniska. Musi się tylko dowiedzieć, do której Hana ma dyżur. Victoria zerwała się z miejsca. Cóż, przynajmniej nie spędzi całego dnia nic nie robiąc. Rzuciła należną kwotę na stolik, jako, że nigdzie nie widziała pani Marii i szybkim krokiem ruszyła w stronę dyżurki.
                                                                    
— Coś ty taki dziwny dzisiaj? — spytała Wiktoria Przemka. — Przemek? — spytała, nie widząc żadnej reakcji ze strony Zapały.
Szła właśnie do szpitala, gdy po drodze spotkała chłopaka. Był dziwny, jakby rozkojarzony. A Wiki nie miała pojęcia, o co mu chodzi.
— Przemek? — spytała jeszcze raz.
Gdy znowu nie odpowiedział, zatopiony we własnych myślach, Wiktoria stwierdziła, że czas sięgnąć po radykalne środki. Bez słowa przystanęła, złapała zdumionego Przemka za ramiona i namiętnie go pocałowała. Przemek, zdumiony, przez chwilę stał bez ruchu, by potem z pasją oddać pocałunek ukochanej. Objął ją jedną ręką, drugą wplatając w jej włosy.
— Powiesz mi teraz, o co chodzi? — spytała Wiktoria, gdy oderwali się z Przemkiem od siebie.
Przemek zawahał się na chwilę, ale widząc spojrzenie swojej dziewczyny, westchnął przeciągle i powiedział
— Hana ma córkę — widząc zaskoczony wyraz twarzy Wiki, dorzucił szybko: — Znaczy, tak mi się wydaje. Dziewczyna nazywa się Coldwell, więc, to albo siostra jej zmarłego męża, albo córka. Chociaż bardziej obstawiałbym na to drugie... Jest do niej strasznie podobna — mruknął Zapała.
— Córka? Mąż? — Wiktoria była jeszcze bardziej zdumiona.
— Przecież ty nic nie wiesz... — powiedział młody doktor i w skrócie opowiedział Wiki całą historię Hany.
Co, oczywiście, spowodowało, że 15 minut później na złamanie karku pędzili do szpitala, byle się nie spóźnić.
                                                         
Przemek przygotowywał  się właśnie do zabiegu z Falkowiczem, gdy Wiki mruknęła:
— To ona, prawda?
Przemek podniósł głowę, akurat w momencie, gdy Victoria podchodziła do dyżurki pielęgniarek. Chcąc słyszeć, co mówi dziewczyna, obydwoje podeszli bliżej.
— Doktor Goldberg? — spytała dla upewnienia pielęgniarka, patrząc na dziewczynę.
— Tak — potaknęła szatynka.
— Do godziny 20.
— Dziękuję — mruknęła dziewczyna.
                                                            
Victoria wyszła na zewnątrz. Miała właśnie sięgnąć po telefon, by zadzwonić po taksówkę, gdy usłyszała za sobą znajomy głos. Obróciła się na pięcie, by zobaczyć osobę, której najmniej by się tutaj spodziewała.

— Blanka?
       ********
             Wybaczcie za zwłokę, w domu malowanie ;) Liczymy na komentarze, bo one motywują!                                                                                                                                     
 Anja & kinina

wtorek, 15 października 2013

2. Rozmowa

Tymczasem Victoria skierowała swoje kroki do gabinetu Hany. Było ciemno, więc zapaliła światło i usiadła na kozetce. Ziewnęła, i przetarła oczy dłonią. Chociaż tutaj było dopiero wpół do ósmej, to w Izraelu była już godzina później, a długa podróż dodatkowo ją wyczerpała. Dziewczyna westchnęła. Nie była nawet pewna, po co tak właściwie tu przyjechała. Wiedziała, że to zły pomysł, ale dziadkowie i ciotki ją namówili. A Victoria nigdy nie potrafiła odmówić Mii ani Noor, które bardzo chciały by dziewczyna odwiedziła ich starszą siostrę, więc się zgodziła. Gdyby przynajmniej Leroy z nią pojechała. Ale nie, musiała sama stawić czoła swojej matce. Matce. Nie potrafiła nazywać Hany mamą. To było takie... Banalne. Nieodpowiednie. Viki doskonale wiedziała, że przypomina Hanie jej męża, a zarazem swojego ojca, Jamesa. A Hana bardzo chciała o tym zapomnieć. I dlatego postanowiła wyjechać do Polski w poszukiwaniu swojego ojca i brata. Viki nawet nie chciała o tym słyszeć. Pokłóciły się wtedy, a Victoria w złości wykrzyczała jej, że jest okropną matką i, że to przez nią James nie żyje. Po tym incydencie Hana od razu spakowała swoje rzeczy i wyjechała, zostawiając dziewczynę z dziadkami i ciotkami. Victoria bardzo to przeżyła, choć nie okazywała tego.  Jedynie Leroy i dziadek widzieli, jak tęskni za matką. Ale dziewczyna nie umiała odpuścić. Nie rozmawiała z Haną, gdy dzwoniła i nie odpisywała na jej listy. Ale to nie był koniec. Kiedy Viki dowiedziała się, że Hana pochowała Jamesa w Polsce, nie mówiąc jej o tym ani słowa, rozpętało się piekło. Dziewczyna, po raz pierwszy od paru miesięcy, zadzwoniła do matki. Wywrzeszczała jej w słuchawkę, że jej nienawidzi, że nie jest już jej matką i, że jest bardzo szczęśliwa, że Hana już nigdy nie wróci do jej życia. Już następnego dnia czuła się okropnie. Jednak nie zamierzała przepraszać. Zamknęła się w sobie, zaczęła obracać się w nieodpowiednim towarzystwie. Kiedy ktoś wspominał Hanę, zaczynała płakać i wrzeszczeć. Dopiero Leroy i dziadek wyciągnęli dziewczynę z dołka. Leroy była młodszą siostrą Hany. Miała 18 lat i rzadko bywała w domu, gdyż uczęszczała do szkoły w USA. Kiedy na święta przyjechała do domu, pomogła Victorii uporać się z jej problemami. Gdy Leroy zauważyła, że Viki zainteresowała się jej opowieściami o szkole medycznej, poinformowała o tym dziadka. W dwójkę pokazali dziewczynie wiele ciekawych rzeczy. I zdecydowali, że wakacje powinna spędzić z matką. Victoria była pełna sprzeciwu, ale oczywiście, nikt jej nie słuchał. Wsadzili ją w samolot, i... I cóż, była w Polsce. Westchnęła, otrząsając się z rozmyślań, i oparła się plecami o ścianę. Zamknęła oczy. Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła.

Obudziły ją promienie słońca. Otworzyła oczy i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Szósta. Przeciągnęła się, a jej wzrok padł na biurko. Biurko? Podobne miała Mia, ale... Victoria poderwała się do pionu i oczywiście uderzyła kolanem w szafkę, stojącą obok kozetki. Kozetki? Umysł Viki pracował na najwyższych obrotach, gdy rozglądała się po pomieszczeniu. Gabinet Hany, pomyślała, siadając na kozetce i masując obolałe kolano.
— Wstałaś? — Viki drgnęła, słysząc głos Hany.
— A nie widać? — mruknęła, obracając się w stronę źródła głosu.
— Nawet jeśli nie widać, to słychać — odparła Hana, podchodząc do dziewczyny.
— Serio? To chyba ogłuchłam — zironizowała szatynka.
— Posłuchaj — zaczęła Hana.
Mówiła stanowczym, ostrym głosem, którego Viki nigdy wcześniej u niej nie słyszała. Prychnęła, ale posłusznie słuchała.
— Nie wiem, po co i na jak długo tu przyjechałaś — kontynuowała. — Ale jeśli chcesz tu zostać, to musisz zacząć stosować się do pewnych reguł. Pierwszą z nich jest to, że niezależnie od sytuacji masz mnie słuchać. Druga — nie pyskujesz. Oprócz tego...
— Czy ty tego nie widzisz? — wybuchła Victoria. — Ja nie chcę tu być! I nie byłoby mnie tu, gdyby dziadek i Leroy mnie tu nie wysłali! I nie będziesz mi rozkazywać! — dziewczyna zerwała się do pionu. — Nie masz do tego żadnego prawa!
— Uspokój się — nakazała jej Hana, łapiąc dziewczynę za ramiona. — Skoro już tu jesteś, to się zachowuj.
Victoria prychnęła. Hana zawsze starała się jej coś nakazywać. Zrób to, nie rób tego, nie wolno ci, musisz, nie możesz...
— Sądzisz, że ja naprawdę chciałam tu przyjechać? Do ciebie? — Viki obróciła głowę w stronę okna, więc nie dostrzegła wyrazu twarzy swojej matki.
— Bądź co bądź, jednak tu przyjechałaś.
Szatynka wzruszyła ramionami, nie odwracając wzroku od okna.
— Jesteś głodna? — Hana postawiła na zmianę tematu na bezpieczniejszy.
— Trochę — mruknęła niechętnie młodsza dziewczyna.
— To pójdź sobie kupić coś do bufetu. Masz — Hana wyciągnęła w stronę dziewczyny portfel z pieniędzmi.
Viki skinęła głową i ruszyła w stronę drzwi.
— Victoria? — głos Hany spowodował, że dziewczyna obróciła się na pięcie.
— Tak? — spytała, z lekkim napięciem w głosie.
Jeśli każe jej wrócić do domu, do Tel Awiwu...
— Cieszę się, że przyjechałaś — powiedziała, uśmiechając się lekko.
— Ja też się cieszę — mruknęła prawie niedosłyszalnie dziewczyna, zanim zamknęły się za nią drzwi.

Hana westchnęła i oparła się o ścianę. Cholera, mogli przynajmniej zadzwonić!, pomyślała wściekła. Mogłaby się jakoś przygotować, a tak... Została postawiona przed faktem niemal dokonanym. Cholera. Nie wiedziała o Victorii prawie nic. Nie miała pojęcia, co lubi, co ją interesuje... Hana zadawała sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach, a nawet latach, zaniedbała córkę, ale... Cholera. Nie umiała zajmować się dziećmi, przynajmniej nie swoim. Do Mii czy Noor, swoich młodszych sióstr, miała anielską cierpliwość. Nawet do Leroy, czy Esme, która była od niej młodsza tylko o dwa lata. Ale do Victorii... No cóż, własne dzieci są najtrudniejsze do wychowania, pomyślała kwaśno. Zdawała sobie sprawę z tego, że naprawienie relacji z Viki może okazać się trudne, a nawet bardzo trudne. Jeszcze Piotr... Cholera, co ma mu powiedzieć? Zapomniałam ci chyba wspomnieć, że mam córkę? Idiotyczne. A Przemek... Lena... Hana wiedziała, że ukrywanie Victorii to był bardzo zły pomysł, ale... Wiki!, olśniło ją. Z tego, co mówił Przemek, ona też miała podobne problemy z Blanką, a skoro Blanka właśnie spędza tu wakacje... Może Wiki będzie w stanie udzielić Hanie paru rad? Bo ona sama nie miała bladego pojęcia, jak zająć się własną córką.
************


          Tak na to patrzę, i po prostu nie wierzę, że pisałam kiedyś takie głupoty. Ale, że poprawianie tego nie ma większego sensu, to oddaję wam w ręce to coś, licząc, że nie jest tak źle ;)

Anja & kinina

niedziela, 13 października 2013

1. Początek

Hana westchnęła, patrząc jak za wychodzącą pacjentką zamykają się drzwi. Karolina była ostatnia, jednak dyżur doktor Goldberg trwał jeszcze trzy godziny. Wobec tego Hana postanowiła przejść się do bufetu i zjeść tam kolację, gdyż powoli dochodziła już 19. Po drodze do bufetu spotkała Przemka, który również postanowił coś zjeść.
— Masz nocny dyżur? — spytała Hana, gdy zajęli miejsca.
— Niestety tak — odparł Przemek. — Na szczęście nie jestem sam, jest jeszcze Nina i Borys. A ty?
— Ja mam jeszcze przez 3 godziny, ale skończyłam już przyjmować pacjentki na dzisiaj — uśmiechnęła się Hana.
— Zazdroszczę ci — westchnął Przemek. — Dobrze, że jutro mam wolne, dopiero po południu dyżur w karetce — mruknął, krzywiąc się.
— Kolacja dla rodzeństwa! — ogłosiła pani Maria podchodząc do stolika, przy którym siedzieli.
— Dziękujemy — rzucili obydwoje z uśmiechami na twarzach.
— Mówiłaś, że nie masz już pacjentów? — zapytał w pewnym momencie Przemek, podnosząc wzrok na siostrę.
— Nie, nikogo zaplanowanego nie — odparła ze zdziwieniem Hana. — A co?
— Ktoś cię szukał. Może to była ta twoja ostatnia pacjentka. — Przemek wzruszył ramionami.
— Możliwe — przytaknęła Hana. — Karolina Kowalska? — zapytała, by się upewnić.
— Nie przedstawiła się. Ale wyglądała tak na szesnaście lat.
Hana zmarszczyła brwi.
— Szesnaście? Nie miałam dziś takiej pacjentki.
— Może po prostu chciała umówić się na wizytę.
— Może — mruknęła Hana, nieprzekonana.
W tej chwili do ich stolika podszedł Gawryło.
— Doktorze?
— Za pół godziny masz asystę. Ze mną — odparł Piotr, dosiadając się do rodzeństwa.
— Jaki przypadek?
— Wyrostek. Doktor Rudnicka również będzie mi asystować.
— Taki kłopotliwy? — Przemek był zdumiony.
— Niestety. Widać, doktor Rudnicka ma jakiś talent do przyjmowania kłopotliwych pacjentów — mruknął Piotr.
— Chodzi panu o tę trzustkę? Fakt, operowaliśmy z doktorem Samborem prawie trzy godziny. — Przemek skrzywił się na samo wspomnienie zabiegu.
— A właśnie, Hana — Piotr zwrócił się do młodszej koleżanki. — Przed chwilą ktoś cię szukał. Jakaś dziewczyna, na oko piętnaście, może szesnaście lat.
— Przemek mi powiedział. Wiesz, jak się nazywała? — zapytała z nadzieją Hana.
— Nie wiem, ale możesz się jej zapytać. To ona. — Piotr wskazał na dziewczynę, która znikała właśnie za rogiem korytarza, prowadzącego na oddział ginekologii. 
Miała ona długie do połowy pleców brązowe włosy. I chyba poczuła, że ktoś się w nią wpatruje, bo obróciła się na pięcie. Miała lekko pociągłą twarz, idealnie skrojone usta, lekko garbaty nos i niebieskie, prawie morskie, oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się kpiąco i wolnym krokiem ruszyła w ich stronę.
— Witam, pani doktor — powiedziała, kładąc nacisk na słowo: 'pani'.
— Co ty tu robisz? — wykrztusiła zszokowana Hana, jednak w tym momencie zadzwonił jej telefon. — Goldberg, słucham?
— Hana? Tu Witek. — Latoszek brzmiał na zdenerwowanego. — Lena miała wypadek, właśnie wiozą ją do Leśnej Góry. Możesz przyjść?
— Oczywiście — powiedziała natychmiast. — Nieplanowany poród — rzuciła do reszty, gdy Latoszek się rozłączył. — Muszę iść. — Wstała. – Masz. — Rzuciła do dziewczyny kluczami do swojego gabinetu. — Czekaj tam na mnie — poleciła i wyszła, wcześniej zabierając ze sobą Piotra.
— Gabinet Hany jest zaraz na początku oddziału ginekologii. — Przemek przyjrzał się dziewczynie. — Jak się nazywasz? — spytał, kiedy zauważył niezwykłe podobieństwo nieznajomej do Hany.
— Victoria — odparła z kpiącym uśmiechem zapytana. — Victoria Coldwell, gwoli ścisłości — powiedziała i obróciła się na pięcie.
***************

 Jak już pewnie zauważyliście — to nie jest akcja obecna, czyli to z serialu. Opowiadanie zaczęłyśmy pisać w zeszłe wakacje, więc będzie wiele niezgodności, ale i tak mamy nadzieję, że przypadnie wam do gustu :D Starałyśmy się za wiele nie poprawiać, więc mogą być jakieś niedociągnięcia.

Anja & kinina 

Przenosiny

Tak myślałam, że w końcu przeniesiemy naszą twórczość na blogspota. W każdym razie, na początku wstawimy tutaj oczywiście te starsze rozdziały, żeby każdy mógł je przeczytać, a dopiero potem pojedziemy z nowymi ;)

Zapraszamy!
Anja & kinina