niedziela, 22 czerwca 2014

27. Wyjazd

Był jesienny, sobotni poranek. Pogoda za oknem jakby przeczyła temu, że jest październik. Było ciepło, słońce świeciło, a ludzie, którzy już pokusili się o wyjście z domu, mieli na sobie ubrania świadczące bardziej o nadchodzącej wiośnie niż jesieni.
Victoria westchnęła, leniwie otwierając oczy. Zwykle spała do późnej godziny, jednakże dzisiaj… Cóż, pewnie i tak Hana zaraz wparuje do pokoju, żeby ją obudzić, więc to nie miało większego znaczenia.
— Victoria, wstawaj!
Wiedziałam.
— Daj mi spokój – wymamrotała odruchowo, naciągając kołdrę na głowę.
— Będziesz teraz miała tydzień spokoju. Wstawaj!
— Jeszcze chwila! – Victoria westchnęła. No ale właściwie czego miała się spodziewać?
— Viki... Bo poproszę Piotra, żeby cię ściągnął z łóżka i dostarczył w takim stanie do hotelu, co ty na to?
Niedoczekanie, pomyślała, natychmiast zrywając się z łóżka.
— Już dam sobie radę, dzięki. – Usłyszała śmiech Hany i obróciła się tylko po to, żeby zobaczyć, jak jej własna matka stoi oparta o futrynę drzwi i patrzy na nią z jawnym rozbawieniem.
— Cóż… Szkoda, chciałam pomóc. – Viki zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem, ale nawet to nie zmniejszyło uśmiechu Hany. Z westchnięciem ruszyła więc do szafy, wybierając pierwsze lepsze ciuchy, które nawinęły się jej pod rękę. Szybko skompletowała resztę potrzebnych jej rzeczy i wymijając nadal uśmiechniętą Goldberg, skierowała swoje kroki do łazienki.
Hana w tym czasie zaszyła się w kuchni, naprędce przygotowując jakieś śniadanie. Z tego, co zauważyła, już i tak były nieco w tyle, więc Piotr powinien zaraz przyjść. Właściwie to „zaraz” wydarzyło się jakieś pięć minut później, akurat gdy Viki wyszła z łazienki.
— Victoria, otwórz drzwi – poleciła córce i dopiero po chwili zorientowała się, że za drzwiami najprawdopodobniej będzie czekał Gawryło. Cóż, pozostawało jej tylko liczyć na to, że Viki oszczędzi sobie głupich komentarzy.
Dziewczyna westchnęła, szybko przekręcając klucz w zamku. Oczywiście ona od początku wiedziała, kogo się za drzwiami spodziewać, ale co zrobić?
— Cześć. – Gawryło uśmiechnął się do niej, kiedy tylko otworzyła drzwi.
— Cześć – odparła mu chłodno, jednocześnie starając się nie być przesadnie niemiłą. Nie chciała dostać od Hany kolejnego kazania, a była pewna, że jej matka wszystko słyszy.
— Mogę wejść?
— Wchodź. – Odsunęła się od drzwi, przepuszczając mężczyznę. Bez słowa skinęła mu głową w stronę kuchni, samej zamykając drzwi. Nie miała ochoty uczestniczyć w dalszej części rozmowy, dlatego ruszyła w kierunku swojego pokoju, mamrocząc pod nosem coś o pakowaniu. Mniejsza z tym, że spakowana była już od wczoraj, inaczej Hana chyba nie dałaby jej żyć.
Goldberg westchnęła, słysząc zamykające się za Viki drzwi. Przynajmniej nie była niemiła, pomyślała. Mimo wszystko chciałaby, żeby Victoria tutaj przyszła, usiadła z nimi i żeby mogli zjeść śniadanie jak cywilizowani ludzie. Cóż, najwyraźniej za wiele wymagała.
— Cześć. – Usłyszała za sobą Piotra i uśmiechnęła się delikatnie, czując jak Gawryło obejmuje ją ramionami. – Gotowa?
— Prawie. Zjemy jeszcze śniadanie i możemy się zbierać.
— Okej. W takim razie ja mógłbym już znieść wasze walizki.
— Dobry pomysł, tylko musisz zapytać Viki, czy na pewno wszystko spakowała. – Gawryło w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął i wypuścił ukochaną z objęć. Chwilę później stał już pod drzwiami pokoju Victorii. Delikatnie zapukał i niemal od razu usłyszał przytłumione „Proszę!”. Delikatnie otworzył drzwi. Viki siedziała na łóżku, przerzucając w dłoni jakieś papiery.
— Spakowana?
— Prawie. Przyjdę za pięć minut.
— Okej. – Cicho zamknął drzwi. W takim razie najpierw pójdzie wziąć rzeczy Hany.
W czasie, kiedy Piotr zajmował się walizką swojej ukochanej, Viki w końcu zdecydowała się wyjść z pokoju. Swoje rzeczy zostawiła w przedpokoju, kierując się w stronę kuchni. Bez słowa wzięła talerz z przygotowanym przez Hanę śniadaniem i usiadła przy oknie, gdzie miała widok na parking. I, chcąc nie chcąc, na Piotra również. Westchnęła, szybciej zabierając się za jedzenie kanapek, podczas gdy Gawryło zawitał do mieszkania jeszcze dwa razy. Dość szybko uwinęli się z całą resztą, mogli więc wychodzić.
— Wzięłaś wszystko? – zapytała Hana, gdy już siedzieli w samochodzie.
— A jak myślisz? – W głosie Viki dało się wyczuć irytację. Czy ja mam pięć lat?
— Tylko pytam.
— Nie musisz.
Piotr spojrzał krótko na Hanę, słysząc oschły ton Victorii, ale kobieta udawała, że widoki za oknem są ciekawsze. Nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać o swojej córce, a już tym bardziej nie w jej obecności. Miała nadzieję, że Gawryło nie zacznie tego tematu, ale na szczęście uratował ją dźwięk telefonu mężczyzny. Bez słowa podała mu komórkę, w duchu oddychając z ulgą. W ciszy przysłuchiwała się, jak Piotr rozmawia przez telefon, prawdopodobnie z kimś z Leśnej Góry, gdyż rozmawiali o jakimś pacjencie, którego Hana mgliście kojarzyła. Zanim Gawryło skończył rozmowę, byli już na miejscu.
Victoria wysiadła pierwsza, nie mogąc dłużej znieść tej irracjonalnej ciszy. Właściwie nie chodziło o samą ciszę, w końcu pół drogi Piotr rozmawiał przez telefon, bardziej o atmosferę. Może faktycznie była dla Hany zbyt niemiła, ale… Nie chcąc dłużej się nad tym zastanawiać, otworzyła bagażnik, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić z samochodu wyszedł Gawryło i bez słowa wyjął jej torbę.
— Dzięki – wymamrotała, bo nie bardzo wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć.
— Odprowadzę cię, przecież to ciężkie. – Piotr wskazał na torbę, jednocześnie zamykając bagażnik.
— Daj spokój, poradzę sobie.
— Zaniosę ci to, a ty w międzyczasie zdążysz pożegnać się z Haną. – Nie zdążyła nawet zaprotestować, bo Gawryło już znajdował się kilka kroków od niej. Świetnie.
Hana również wyszła z samochodu i stała teraz oparta o drzwi. Viki z lekkim westchnięciem skierowała się w jej stronę, stając naprzeciwko niej.
— No. To pa. – Wymusiła w stronę swojej rodzicielki uśmiech, który, miała nadzieję, wyglądał w miarę szczerze.
— Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić.
— Wy też. – Co ja gadam?!
– I… Będę tęsknić.
— Hm… Ja chyba też. – Głos Victorii był niewiele głośniejszy od szeptu. Zdziwiona poczuła, że Hana delikatnie ją obejmuje. Niepewnie odwzajemniła uścisk, zamykając oczy, byle tylko się nie rozpłakać. To nie byłby odpowiedni moment.
— No – mruknęła Hana, gdy w końcu ją puściła. – To do zobaczenia w piątek. I masz być grzeczna. – Tym razem Viki tylko się uśmiechnęła, a potem, nie widząc innego wyjścia, obróciła się na pięcie i skierowała do hotelu rezydentów. Z całą pewnością zaczynał się ciekawy tydzień.

W lekarskim jak zwykle o tej porze panował gwar. Nie było się czemu dziwić – za chwilę miała odbyć się odprawa. Większość osób znajdujących się w pomieszczeniu już zajęła miejsca siedzące, niektórzy jednak ciągle zajęci byli innymi sprawami. Cały ten rozgardiasz przerwało wejście Trettera. Obok niego szedł mężczyzna, na oko przed czterdziestką. Miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy, delikatny zarost i szare oczy. Był dobrze zbudowany, bynajmniej tyle można było zobaczyć pod ciasno opiętą, jasnoniebieską koszulą.
— Witam wszystkich, chciałbym przedstawić nowego członka naszego zespołu – odezwał się Tretter, jakby nie zauważając, jakie wrażenie na zespole wywarł stojący obok niego mężczyzna. A wrażenie to było nader dobre, przynajmniej jeśli szło o żeńską część personelu. Męska… Z tym mogło już być różnie.
Jako, że prezentacja została już dokonana, należało teraz bliżej zapoznać się z nowym nabytkiem. Wiktoria, stojąca najbliżej, od razu poszła się przywitać.
— Wiktoria Consalida, miło mi.
— Jack Colden, mnie także. Jestem nowym neurochirurgiem.
Po krótkiej wymianie zdań, Wiki ustąpiła miejsca reszcie swoich kolegów i koleżanek, odchodząc nieco na bok, gdzie od razu pod swoje skrzydła wziął ją Tretter.
— Zajęta jesteś? – zaczął cicho. — Bo jeśli nie, to może oprowadziłabyś Coldena po oddziale? Ja nie mam za dużo czasu, a ktoś musi to zrobić.
Dlaczego by nie? Oczywiście, oprowadzi go tylko w celach czysto zawodowych, może dzięki temu weźmie ją na asystę do jakiejś ciekawej operacji.
— Oczywiście, panie dyrektorze. – Chyba powiedziała to nieco zbyt entuzjastycznie, bo stojący nieopodal Przemek obrzucił ją dziwnym spojrzeniem. Uśmiechnęła się w jego kierunku uspokajająco. W końcu nawet ktoś taki jak Colden nie mógł się z nim równać.
— Dzięki. – Tretter również się uśmiechnął i szybkim krokiem ruszył w stronę neurochirurga. — Doktor Consalida będzie robiła za przewodnika – zwrócił się bezpośrednio do niego. — Mam nadzieję, że szybko się pan tutaj zaaklimatyzuje – dodał.
— Również mam taką nadzieję. Dziękuję za wszystko. – Rozmawiali jeszcze kilka minut, aż w końcu Tretter pożegnał się z Coldenem i wyszedł z pomieszczenia. Reszta też mniej lub bardziej chętnie ruszyła zająć się swoją pracą. Jack obrócił się więc w kierunku Wiki i uśmiechnął szeroko. — To gdzie najpierw?
— Najlepiej zacznijmy od początku. – Kiwnęła ręką w stronę drzwi. — Może SOR? – W końcu to tam najwięcej się działo.
— Ty tu rządzisz.
Wiki jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi. I się zaczęło. Nie miała pojęcia, ile tak chodzili, w każdym razie dość długo. Złapała po drodze jeszcze kilka osób, których z różnych powodów nie było na odprawie i przedstawiła im Jacka.
— No, to właściwie widziałeś już wszystko – zaczęła, kiedy skończyli. Nigdy by nie pomyślała, że oprowadzanie kogokolwiek po szpitalu może być tak męczące. — No i znasz prawie wszystkich. Piotra pewnie poznasz dopiero jak wróci z urlopu, ale nie masz się czym przejmować, jest naprawdę dobrym chirurgiem i pewnie szybko się dogadacie.
— Jasne, dziękuję za pokazanie tego wszystkiego.
— Nie ma problemu. Poradzisz sobie dalej sam?
— Myślę, że tak, a jeśli nie, to pewnie gdzieś cię znajdę. – Wiki skinęła mu jeszcze głową na odchodne i każde z nich udało się do swojej pracy.

Viki westchnęła. Blanka brała właśnie prysznic, a ona siedziała w kuchni, rozmawiając na błahe tematy z Wiktorią. Nie, żeby jej to przeszkadzało, ale wyraźnie widziała, do jakiego tematu zmierza Consalida i niezbyt jej się to podobało. Rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Hana. Szybko zamieniły kilka słów. Victoria czuła się niezręcznie, widząc jak Wiki się jej przypatruje, ale starała się to zignorować, próbując skupić się tylko na rozmowie z matką. W końcu z westchnięciem odłożyła telefon i wygodniej rozłożyła się na krześle.
— Coś się stało? – zapytała Consalida, widząc nie do końca zadowoloną minę Victorii.
— Nie, nic się nie stało. Hana dzwoniła, są już na miejscu.
— Nie wyglądasz, jakbyś była z tego powodu zadowolona.
— Jest mi to obojętne. – Viki wzruszyła ramionami.
— Wydajesz się nie przepadać za Piotrem. – Wiktoria zdecydowała się poruszyć temat, o którym myślała już od dłuższego czasu. Nie chciała zmuszać dziewczyny do jakikolwiek zwierzeń ani zmieniać jej opinii o Gawryle, ale liczyła, że być może dowie się, dlaczego szatynka tak za nim nie przepada.
— Dlaczego tak uważasz?
— A co, lubisz go? – odpowiedziała jej jedynie cisza. – Cóż, to chyba jest równoznaczne z „nie”.
— Myślę, że to całkiem prawdopodobne – przyznała w końcu Victoria. Bo i po co miała kłamać?
— Nie jest taki zły, oczywiście jeśli lepiej się go pozna. – W końcu byli przyjaciółmi i co nieco o nim wiedziała.
— Jasne. – Victoria wymusiła w stronę Consalidy uśmiech. Tak jakby puste słowa miały zmienić jej opinię o Gawryle. Niedoczekanie. Ale czy to właśnie nie „puste słowa” sprawiły, że tak go nie cierpiała?
— Chyba cię nie przekonam.
— Może być ciężko – stwierdziła szczerze, odgarniając z twarzy kilka zabłąkanych kosmyków. Była już nieco zmęczona i najchętniej skończyłaby tę dziwną rozmowę, ale Wiktoria najwyraźniej postanowiła drążyć dalej.
— Naprawdę, powinnaś z nim chociaż pogadać, nie ma sensu skreślać kogoś na samym początku.
— Hana cię o to prosiła, prawda? – zdenerwowała się w końcu Viki. – Nie chcę słuchać kolejnej umoralniającej gadki w stylu, że „mam lepiej poznać Piotra”, poradzę sobie i bez tego.
— Nie rozmawiałam z Haną – zaprzeczyła Wiktoria, za co otrzymała jedynie sceptyczne spojrzenie szatynki. Przecież ty i tak zrobisz, jak będziesz chciała, moje gadanie jest tylko gadaniem.
Każdy to mówi. „Moje gadanie to tylko gadanie, zrobisz co chcesz”. Każdy. I każdy próbuje mi wmówić, co chcę robić. No, prawie każdy.
— Właściwie Piotr jest jedyną osobą, która nie mówi mi, że mam go „lepiej poznać”. Jeszcze chwila i chyba go za to polubię.
— Widzisz, on nawet nie chce ci się narzucać.
— Ja jemu też nie, więc to chyba dobry układ. Możemy zmienić temat? – poprosiła. – Nie będę go teraz widzieć przez tydzień, daj mi się tym nacieszyć.
— Jasne… — wymamrotała Wiktoria, niekoniecznie przekonana. – Idziecie gdzieś jutro? Ty i Blanka?
— Pewnie tak, ale nie mamy jeszcze żadnego konkretnego pomysłu. A jak w szpitalu?
— Kocioł, ale w miarę dajemy radę.
— Cóż, to dobrze. – Zapadła pomiędzy nimi cisza, która mimo wszystko nie była niezręczna. Każda z nich skupiła się na sobie, oddając się własnym przemyśleniom.
Nawet nie usłyszały, kiedy do kuchni weszła Blanka. Dopiero, kiedy pomachała dłonią przed twarzą swojej matki, obie się ocknęły.
— Skończyłam, łazienka wolna. – Te słowa skierowała do Viki.
— Okej. To w takim razie może ja pójdę… — Zrobiła nieokreślony ruch ręką i wstała z krzesła.
— Leć, a potem musimy pogadać. – Młodsza Consalida uśmiechnęła się w kierunku przyjaciółki, na co ta odpowiedziała podobnie.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Nieliczni ludzie, którzy jeszcze zostali na plaży, przypatrywali się temu niby zwykłemu zjawisku. Piotr mocniej objął Hanę, gdy ta delikatnie się poruszyła. Siedzieli na wydmach już od kilkunastu minut, oglądając nie tylko zachód słońca, ale także spokojnie rozbijające się o brzeg morskie fale.
— No i jak, podoba ci się? – zapytał cicho, nie chcąc niszczyć tego romantycznego klimatu.
— Jeszcze pytasz? Jest cudownie.
— Wiesz, wolałem się upewnić. – W odpowiedzi uzyskał uroczy uśmiech. – Idziemy? – zapytał po kilku kolejnych minutach, gdy słońce zniknęło za linią morza. – Widzę, że ci zimno – dodał i od razu zarzucił swoją bluzę na odkryte ramiona ukochanej.
— Dzięki… — Hana wtuliła się w nią, przy okazji przytulając się bardziej do Gawryły.
— Mam nadzieję, że nie jesteś specjalnie głodna, bo zanim coś przygotuję, może minąć trochę czasu.
— Nie jestem. Posiedźmy tu jeszcze chwilę. – Podniosła głowę by napotkać spojrzenie Gawryły. Delikatnie pochyliła się, by złożyć na jego ustach pocałunek, który mężczyzna odwzajemnił. Objęła jego twarz dłońmi, przyciągając go bliżej siebie.
— Okej – stwierdziła, gdy wreszcie się od siebie oderwali. – Skoro tak szarmancko zaproponowałeś, że zrobisz kolację, to właściwie możemy już iść.
— Jak sobie życzysz. – Piotr wstał i podał Hanie rękę, by pomóc jej się podnieść. Do domku, w którym się zatrzymali, nie mieli daleko, więc już po chwili znaleźli się w przytulnym wnętrzu.
— To na co masz dziś ochotę? – Gawryło uśmiechnął się dwuznacznie, na co kobieta jedynie pokręciła głową.
— Nie wiem, zdam się na twoje… umiejętności kulinarne – zaśmiała się. – Chociaż nie wiem, czy to taki dobry pomysł. – Te słowa wypowiedziała ciszej, niemniej dotarły one do uszu Piotra.
— Słyszałem… — mruknął, podchodząc do niej i objął ją od tyłu.
— Jakoś sobie z tym poradzę.
— W takim razie… Skoro wątpisz w moje umiejętności kulinarne… To może powinienem zaprezentować ci jakieś inne?
— Cóż… Kusząca propozycja. Niemniej, najpierw poczekam na obiecaną kolację. - Nie mogła powstrzymać śmiechu, gdy spojrzała na minę Piotra. Stanęła na palcach i delikatnie dotknęła wargami jego ust. - Tylko się pospiesz, bo jeszcze mogę się rozmyślić...
 *********
Od razu uprzedzam, że nie mam pojęcia, kiedy następny rozdział, mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości ;) Tego romantyzmu i w ogóle to miało być więcej, ale w końcu wyszło jak wyszło, w następnym rozdziale... A zresztą, co ja Wam tu będę fabułę zdradzać :D Ogólnie niezbyt podoba mi się ten rozdział, ale może to tylko ja narzekam, cóż. No, to teraz do roboty i komentować ;)!
Anja & kinina

wtorek, 17 czerwca 2014

26. Plany

Kilka dni po rozmowie z Haną, Piotr stał przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu Trettera. Chciał porozmawiać z nim o planowanym urlopie oraz poprosić o tydzień wolnego dla siebie i Hany. Wiedział, że moment na wakacje wybrali sobie nie najlepszy, ale miał nadzieję, że uda mu się przekonać Stefana. Westchnął, w myślach przygotowując się do przeprowadzenia dłuższej rozmowy. Nie miał jednak ochoty dłużej zwlekać, więc zapukał do znajdujących się przed nim drzwi. Po otrzymaniu odpowiedzi w postaci stłumionego „proszę” wstawił głowę do środka.
- Nie przeszkadzam? - zapytał, widząc Stefana siedzącego za zawalonym różnego rodzaju papierami biurkiem.
- Nie ukrywam, że trochę - przyznał Tretter, podnosząc głowę znad owego mebla. - Ale skoro już jesteś, mów, o co chodzi.
Gawryło zajął wskazane przez dyrektora miejsce i od razu zaczął wyjaśniać, z czym przyszedł.
- Potrzebuję tygodnia urlopu. Dla siebie i dla Hany. Wiem, że na chirurgii jest kocioł, ale...
- Ale co? - przerwał mu ostro Tretter. - Według ciebie dwóch lekarzy w tą czy w tamtą nie robi różnicy? Piotr, teraz jest najwięcej roboty! - Stefan spojrzał na młodszego kolegę z nieukrywaną irytacją. - I po co aż tydzień? - dodał, ciągle nie spuszczając wzroku z Gawryły.
- Przecież przyjąłeś tego nowego chirurga, jak mu tam... - Piotr szukał w głowie odpowiedniego imienia, umyślnie ignorując ostatnie pytanie Trettera. - Właśnie, Jack’a. - Olśniło go, gdy zauważył leżące na stercie papierów CV Coldena.
- Dobrze wiesz, że chirurdzy z dłuższym stażem mają większe zaufanie pacjentów...
- Przecież Colden jest jednym z najlepszych chirurgów - zaoponował natychmiast Gawryło. - Poza tym... Naprawdę zależy mi na tym urlopie - dodał, mając nadzieję, że Stefan domyśli się reszty.
- Widzę, że moje argumenty średnio działają... - westchnął Tretter, pocierając oczy. - Dlaczego tak ci na tym zależy?
- Bo... - Piotr zawahał się na chwilę. - Powiedzmy, że mam w tym swój interes - powiedział wreszcie, uśmiechając się nieznacznie.
- Dobra, nie wnikam w szczegóły... - Tretter poddał się, widząc, że najwyraźniej nic więcej nie zdziała. - Daj mi jeden dzień, pogadam z Wójcikiem, czy da sobie radę przez ten tydzień.
- Dzięki. - Gawryło uśmiechnął się szeroko.
- A teraz na oddział! - zakomenderował Tretter, chociaż on też nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu rozbawienia.
- Tak jest, szefie! - Piotr zasalutował Stefanowi typowo wojskowym gestem, przykładając dwa palce do czoła, po czym obrócił się na pięcie i, ciągle z uśmiechem na twarzy, wyszedł z gabinetu by poszukać Hany i przekazać jej radosne wieści.
Jednak już po wyjściu z pomieszczenia dostrzegł niezłe zamieszanie. Z tego, co zdążył się dowiedzieć, wychodziło na to, że w pobliskim budynku wybuchł pożar i mieli kilkunastu rannych. Odnotowując sobie w myślach, żeby odwiedzić Hanę po pracy, z westchnieniem ruszył na izbę.

Hana przygotowywała właśnie kolację, gdy rozległ się dźwięk dzwonka. Westchnęła i z niechęcią poszła otworzyć drzwi, jednak zaraz się uśmiechnęła, gdy zauważyła, kto za nimi stoi.
- Cześć. - Przywitał się z nią Gawryło, wchodząc do pomieszczenia. Od razu przyciągnął swoją ukochaną bliżej siebie, całując ją namiętnie w usta. - Mam dobrą wiadomość. - Uśmiechnął się tajemniczo, nadal nie zaprzestając poprzedniej czynności.
- Hej - wymamrotała Hana, gdy na chwilę się od siebie oderwali. - Jaką? - zapytała, czując usta Piotra na swojej szyi.
- Załatwiłem urlop dla nas. - Gawryło wreszcie oderwał się od Hany, jednak ciągle obejmował ją w talii. - Tretter pogada jeszcze z Wójcikiem, ale to tylko formalność.
- Nie myślałam, że od słów tak szybko przejdziesz do czynów.
- Musisz bardziej we mnie wierzyć - mruknął, udając obrażonego, jednak jego oczy błyszczały wesoło. - To co? Niedługo się pakujemy?
- Zależy, na kiedy załatwiłeś urlop.
- Od soboty jesteś cała moja...
- Uważaj, bo jeszcze będziesz miał nas dość. - Goldberg delikatnie położyła dłoń na brzuchu.
- Was? Nigdy. - Piotr spojrzał na Hanę z udawanym oburzeniem.
- To się okaże.
- Straszysz? - Mężczyzna zaczął bawić się kosmykiem włosów swojej ukochanej.
- Nie, ja tylko ostrzegam.
-To brzmi groźnie... Mimo to, jestem gotów zaryzykować.
- Jak... Szlachetnie.
- Ba, ma się to lekarskie poświęcenie. - Piotr starał się zachowywać powagę, co nie do końca mu wychodziło, szczególnie gdy Hana zaczęła się śmiać.
- I nieprzeciętną skromność, panie doktorze. - Goldberg odsunęła się od Piotra, gdy tylko usłyszała głos swojej córki. - Nie, spokojnie, nie krępuj się – dodała Viki, widząc gest Hany.
- Victoria, daruj sobie. - Kobieta ostro spojrzała na córkę.
- Wiesz - odparła natychmiast dziewczyna, jakby odpowiedź miała przygotowaną w głowie już od dłuższej chwili - ja tylko mówię, jakbyś się zastanawiała, czy chcę ten widok oglądać.
- Skoro tak się przypatrujesz, to chyba chcesz - odezwał się milczący do tej pory Gawryło.
- Raczej nie mam innego wyjścia.
- No nie masz, ale jeżeli chcesz to możemy przenieść te widoki do mojego mieszkania. - Piotr uśmiechnął się pod nosem.
- Byłoby miło, jeżeli tylko oszczędzisz mi reszty szczegółów.
- Spokojnie, oszczędzimy.
- W takim razie, dobrej zabawy życzę.
- Dziękuję, oszczędzę szczegółów, ale będzie dobra - powiedział Piotr, „przy okazji” obejmując Hanę w pasie.
- Ja jednak będę miała nadzieję na tę drugą opcję.
- Wiesz, nadzieję można mieć zawsze. - Gawryło wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać.
- Jak na razie jeszcze ją mam.
- Na razie?
- Bo jeszcze chwila i zwątpię.
- Dobra, dobra, lepiej nie trać tej nadziei. - Piotr posłał w jej kierunku uśmiech.
- A ty się tak nie uśmiechaj.
- Mówisz, masz. - Chirurg przestał się uśmiechać, jednak w jego oczach ciągle błyszczało rozbawienie.
- Dziękuję. - Victoria wykonała coś, co w zamierzeniu miało być ukłonem, i nie czekając na dalszy ciąg tego „dialogu” skierowała kroki do swojego pokoju.
- Rozmawiałaś z Viki o wyjeździe? - zapytał Piotr, gdy za dziewczyną zamknęły się drzwi.
- Słuchaj, ja naprawdę cię za nią przepraszam, ale... - zaczęła w tym samym momencie Hana.
- Czyli jeszcze nie powiedziałaś? Dobrze byłoby ją poinformować, niedługo wyjazd... Zrobisz to sama, pomóc? - Na chwilę zapadła cisza. - A, i nie przepraszaj. - Chirurg uśmiechnął się delikatnie.
- Nie, nie rozmawiałam z nią o tym jeszcze... - Głowę Hany zaprzątało zupełnie co innego. - I naprawdę cię przepraszam, nie wiem, czemu się tak zachowywała...
- Nie przepraszaj, te jej zachowanie było nawet zabawne, ma strasznie cięty język... Polubiłem ją, wiesz?
- Nie żartuj sobie.
- Nie żartuję, mówię serio. - Na twarzy Piotra pojawiło się lekkie rozbawienie, spowodowane tym, że Hana mu nie wierzyła.
- Yhym - wymamrotała, opierając czoło o jego ramię. - Powiedzmy, że jestem skłonna ci uwierzyć.
Piotr zaśmiał się cicho, obejmując Hanę ramieniem.
- Kawy, herbaty? - zapytała ona po chwili ciszy, podnosząc głowę i uśmiechając się lekko. Cieszyła się, że Piotr polubił Viki. Gdyby jeszcze Victoria tak łatwo zaakceptowała Gawryłę...
- Przecież możemy tak zostać, mnie się nigdzie nie spieszy.
- Tyle, że nic mądrego z tego nie wynika. - Hana przewróciła oczami.
- Jak nic mądrego? Uzgodniliśmy urlop, polubiłem twoją córkę, to chyba ważne rzeczy? Ale skoro tak bardzo nalegasz na kawę, to chętnie. - Wypuścił swoją ukochaną z objęć.
- Idziesz? - zapytała ona, wchodząc do kuchni. - Chyba, że masz zamiar tak stać w tym progu...
- Fajnie tu się stoi, zastanawiam się, czy nie wypić tu kawy... - powiedział Piotr z dobrze udawaną powagą.
W końcu jednak dał za wygraną i wszedł do kuchni. Posiedział tam przez chwilę i chociaż ciężko było mu się rozstać z Haną, to jednak musiał wracać do szpitala, gdzie obiecał skonsultować wyniki pacjentki Wiktorii. Z niechęcią pożegnał się z Goldberg, a kilkanaście minut później już był pod szpitalem.

Victoria zamknęła oczy, słysząc pukanie do drzwi. Hana. I pewnie kazanie, że ma się „nie odnosić tak do Piotra”. Świetnie.
- Viki, musimy pogadać. - Hana otworzyła drzwi.
- O czym?
- Wyjeżdżam z Piotrem na urlop i... Mam nadzieję, że poradzisz sobie sama.
Victoria, lekko zaskoczona, spojrzała na matkę. Obejdzie się bez morałów? Nie sądziła, że Hana zostawi ten temat w spokoju. Chciała ją nawet przeprosić, chociaż zdawała sobie sprawę, że to i tak nic by nie zmieniło.
- Wyjeżdżasz?
- Z Piotrem, na tydzień.
- Gdzie? - Dziewczyna w jakikolwiek sposób chciała podtrzymać rozmowę.
- Nad Bałtyk. I... Martwię się trochę o ciebie, w końcu zostaniesz sama na kilka dni... Może zamieszkasz na ten czas u rezydentów?
- A co miałoby mi się stać? - Viki przewróciła oczami. - I tak większość dnia będę spędzać w szkole.
- A potem? Może jednak?
- Przecież się nie zabiję - wymamrotała dziewczyna, podnosząc wzrok na Hanę.
- Tego nie powiedziałam. Aczkolwiek miewasz różne pomysły, więc byłabym spokojniejsza, gdybyś jednak u nich zamieszkała.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? - zapytała nieco zirytowana nastolatka. Przecież nie miała pięciu lat, mogła zostać sama w domu na kilka dni!
- Bo się o ciebie martwię? - To proste oświadczenie zaskoczyło Victorię. Nie, żeby myślała, że Hana ma ją gdzieś... Po prostu nigdy nie spodziewała się, że jej matka powie coś takiego.
- Skoro tak ci na tym zależy... - wzruszyła ramionami, tym samym zgadzając się na spędzenie kilku dni pod opieką rezydentów.
- Dzięki - Hana uśmiechnęła się delikatnie. - Porozmawiam jutro z Wiktorią. - Na chwilę zapadła cisza. - A jak tam w szkole?
- W porządku. - Viki kolejny raz wzruszyła ramionami, tym razem po to, by pokazać, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia. - Poznałam kilku fajnych ludzi, klasę mam niezłą...
- Więc chyba dobrze, prawda?
- Nie jest najgorzej - przyznała, nie chcąc wdawać się w jakieś długie dysputy. W końcu to były jej problemy, którymi nie chciała obarczać Hany. Przecież jej matka miała inne sprawy na głowie. A zresztą...
- Głodna? - Z jej rozmyślań wytracił ją głos Hany.
- Jasne - odparła niemal natychmiast, starając się przywołać na twarz coś, co chociaż mogłoby udawać uśmiech.
- To chodź, kolacja gotowa - Hana skinęła głową w stronę kuchni. Victoria westchnęła, jednakże, nie mając innego wyjścia, wstała i również skierowała swoje kroki do kuchni.

Ciepłe popołudnie. Agata przeglądała dokumenty swoich pacjentów, próbując się na czymś skupić. Kiepsko jej to wychodziło, myślała tylko o nim. Z rozmyślań wyrwał ją głos Trettera, który właśnie wszedł do pokoju lekarskiego. Koło niego stał ktoś, kogo nie znała. Może pacjent? Lekarz? Inwestor?
- O! Pani doktor pozwoli. To nasz nowy kardiolog, Marek Rogalski. - Wskazał na niego ręką, po czym szybko przeszedł do sedna sprawy. - Czeka na nowy oddział kardiologii interwencyjnej, póki co zostaje na internie. Mam nadzieję, że pani się zajmie naszym nowym „nabytkiem”.
- Tak, oczywiście. Agata Woźnicka, miło mi. - Podała dłoń Markowi, który odwzajemnij gest.
- Również mi miło, Marek Rogalski. - Spojrzał na nieobecną blondynkę, spoglądającą kątem oka na papiery. - No to... Będziemy kolegami z pracy. - Uśmiechnął się, chcąc przełamać niezręczną ciszę.
- Na to wygląda - odpowiedziała oschle, nie ciągnęło ją do dłuższej rozmowy, nie dziś.
- Który to miesiąc? - Marek pytał o cokolwiek, byle tylko nie słuchać tej ciszy.
- Piąty. - Na myśl o dziecku lekko się uśmiechnęła.
- A mogłabyś mnie oprowadzić po oddziale? Wiesz, jestem ten „nowy”.
- Jasne, nie ma problemu. - Nie wyraziła zbyt dużego entuzjazmu, ale od razu gestem pokazała drzwi na znak, że teraz będzie robiła za przewodnika. Marek jak przystało na dżentelmena przepuścił ją pierwszą delikatnie się przy tym uśmiechając. Szli długimi korytarzami, Agata, co chwilę omawiała poszczególne pomieszczenia. Laboratorium, sale internistyczne, pracownie rentgenowskie…
- Długo tu pracujesz? - Lekarz wyraźnie zainteresował się swoją towarzyszką.
- Kilka lat. - Po tych słowach omówiła kolejne dwa pokoje.
- Niezły staż, jak na tak młody wiek. - Ten komplement dopełnił uśmiechem i błyskiem w oku.
- A twój staż ile już liczy? - Błysk w oku podziałał.
- Z piętnaście będzie...
Stanęli przed drzwiami oddziału. Na tym wycieczka się skończyła. Marek mógł zacząć pracę.
- Tam jest oddział. - Wskazała wzrokiem i próbowała już odejść, ale Rogalski ciągnął rozmowę
- No, mam nadzieję na udaną współpracę. - Uśmiechnął się.
Nadzieję możesz mieć...
- I tak nie będziemy się często widywać. - Spojrzała wymownie na swój brzuch.
- Ale po porodzie wracasz, prawda?
- Tak, wracam. - Zapanowała cisza, więc Agata nie stała długo w bezruchu. Postanowiła wrócić do swoich obowiązków.
**************
Rozdział nieco później, niż miał być, ale to tylko dlatego, że przez weekend byłam na weselu w Zakopanem, a w piątek niestety nie zdążyłam nic wstawić, za co przepraszam. Dla ciekawskich - to ostatni stary rozdział, następny będzie już nowy, niepublikowany nigdzie wcześniej ;)


Anja & kinina

sobota, 7 czerwca 2014

25. Chyba zrobiło się zbyt poważnie...

Żwir chrzęścił pod jej nogami. Szła, nie oglądając się za siebie. Mrużyła oczy przed jasnym, wrześniowym słońcem, które najwidoczniej nic sobie nie robiło z próbujących je zakrywać chmur. Ona sama nie wiedziała, dokąd chce iść, a i tak zaraz powinna wracać do domu. Właśnie, do domu... Z cichym westchnięciem usiadła na pierwszej lepszej ławce i przymknęła oczy, opierając się o nią wygodniej. Starała się nie myśleć o niczym, ale ten temat sam do niej przyszedł. Jej matka była w ciąży. Z Piotrem. W sumie to powinna się cieszyć, przecież zawsze chciała mieć siostrę albo brata. Ale teraz ta radość... Gdzieś się ulotniła. Po prostu nie mogła tego przyjąć do wiadomości. Przynajmniej nie teraz. Nie lubiła Piotra, trudno było zaprzeczyć. Nie była do końca pewna, skąd bierze się jej niechęć do Gawryły. A może była, tylko nie chciała się do tego przyznać. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma, że będzie musiała porozmawiać z Haną, szczególnie teraz, ale... Bała się? Być może. W końcu jednak miała do końca nadzieję, że to nie wypali, że coś się wydarzy i wszystko się skończy.. Jednak teraz, gdy w tę „grę” wchodziło dziecko, nie zapowiadało się na to. Zresztą, nie chciała, żeby wychowywało się bez ojca. Ona sama nie miała go przy sobie... Nigdy. Właśnie... To był ten temat, który tak starannie omijała. Zresztą, nie tylko ona, Hana również nie była zbyt chętna do przeprowadzenia TEJ rozmowy. I właśnie dlatego ich relacje były takie, jakie były... Westchnęła tylko, nie mając ochoty dłużej o tym myśleć. Porozmawia z nią... W najbliższym czasie. Z takim postanowieniem podniosła się z ławki i skierowała swoje kroki w stronę domu.

Hana zamknęła oczy. Była 17, a Victorii nadal nie było. Owszem, dziewczyna wysłała jej SMS—a, że idzie do Blanki, ale poza tym nie odezwała się nawet słowem. Może to i była wina „przekazania” przez nią informacji o swojej ciąży, ale... Naprawdę chciała inaczej o tym ze swoją córką porozmawiać. Na spokojnie, bez niepotrzebnych emocji...
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Dopiero teraz uprzytomniła sobie, że to na pewno Piotr. Przecież dzisiaj mieli iść na kolację do Latoszków...
— Jestem już. — Uśmiechnął się Piotr, gdy tylko Hana otworzyła mu drzwi.
— Widzę. — Na jej twarzy, pomimo wcześniejszych myśli, pojawił się uśmiech. — Idź do kuchni, ja też zaraz jestem gotowa.
— Zaraz? — Gawryło dopiero teraz zauważył, że jego ukochana jest jeszcze ubrana w szlafrok. — Przecież nawet ubrana nie jesteś, jeszcze za godzinę nie wyjdziemy... — Niemalże jęknął, uświadamiając sobie, ile przyjdzie mu jeszcze na Hanę czekać.
— Wyjdziemy, nie panikuj — mruknęła Hana, patrząc na niego z lekkim pobłażaniem.
— Może do jutra wyjdziemy. — W jego głosie pojawiły się nuty sarkazmu.
— Na pewn.o — Hana szybko pocałowała Piotra w policzek, by choć trochę go „udobruchać”. — Daj mi... — zastanowiła się przez chwilę. — Dwadzieścia minut.
— Czas start.
— Jakiś ty zabawny... — mruknęła pod nosem, na co Gawryło z szerokim uśmiechem wskazał jej drzwi do sypialni, przy okazji znacząco pukając w zegarek.
— No już, już...
Jakieś dwadzieścia minut później, kobieta stanęła w drzwiach kuchni. Piotr, który w tym czasie zdążył zrobić sobie kawę (i oczywiście ją wypić), podniósł na nią wzrok. Miała prostą, beżową sukienkę, która sięgała jej nieco za kolano. Włosy zostawiła rozwichrzone, a usta delikatnie pociągnęła błyszczykiem.
— Gotowa? — zapytał z uśmiechem, powoli podnosząc się z krzesła.
— No, prawie... — Uśmiechnęła się do niego i obróciła plecami. — Pomożesz? — przytrzymała włosy, by nie miał problemu, z, jak się okazało, zapięciem zamka na plecach.
Jeszcze pytasz?, pomyślał, ale oczywiście nie powiedział tego na głos. Zaczął więc powoli zapinać zamek, oczywiście nigdzie się nie spiesząc.
— Przed chwilą sam mówiłeś, że się spóźnimy, a teraz co? — Zaśmiała się Hana.
— A teraz... Przecież mamy jeszcze chwilę czasu — mruknął, nadal nie przyspieszając czynności.
— Spóźnimy się...
— Jesteś pewna? — zapytał z cwaniackim uśmiechem, którego dziewczyna, obrócona do niego plecami, niestety nie mogła dostrzec. — Może to sprawdzimy?
— Coś sugerujesz?
— Może... — Uśmiech nie znikał mu z twarzy.
— Może? — powtórzyła za nim Hana, po czym bez żadnego ostrzeżenia obróciła się do niego przodem i objęła go za szyję.
— Może. To zależy od twojej interpretacji... — Jakby na dowód tych słów zaczął się bawić jej włosami.
— Yhym... — mruknęła.
Chwilę patrzyła w jego oczy, w których błyszczały iskierki rozbawienia, a potem przeniosła wzrok na te cudowne zmarszczki w kącikach jego ust, które pojawiały się zawsze, gdy się uśmiechał, po czym delikatnie przyciągnęła go bliżej siebie i namiętnie pocałowała. Piotr oddał pocałunek i objął ją w pasie. Stali tak dłuższą chwilę, nim się od siebie oderwali.
— Taka interpretacja jak najbardziej mi się podoba.
— To dobrze. — Goldberg pozwoliła sobie na delikatny uśmiech. — A teraz jednak BARDZO bym cię prosiła, żebyś zapiął mi tę sukienkę, bo NAPRAWDĘ się spóźnimy.
— Ech, no dobrze... — Piotr sprawnym ruchem obrócił Hanę i szybko zapiął cały zamek do końca.
— Idziemy?
— Idziemy, chodź. — Gawryło złapał kobietę za rękę i już po chwili, ubrani w buty i kurtki, wychodzili z mieszkania.

W tym samym czasie, Agata kończyła właśnie dyżur. Kończyła to może nieco za dużo powiedziane, jednak nie miała już na dzisiaj niczego, oprócz obchodu za godzinę, po którym mogła już wracać do hotelu. Teraz jednak zamierzała tę ostatnią godzinę przesiedzieć w lekarskim. I zapewne by tak zrobiła, gdyby nie dostrzegła Roberta rozmawiającego z Tretterem. Na początku chciała ich wyminąć, jednak gdy usłyszała nazwisko jakiejś nieznanej jej osoby, przystanęła.
— Naprawdę, z całą pewnością mogę go polecić, jest świetnym lekarzem... — Do jej uszu doszły słowa Roberta.
— Jest pan pewien, że chce pan odejść? — Pod Agatą ugięły się nogi.
— Tak, jestem pewien. Naprawdę nie mogę... — Dalej już nie słuchała.
Odeszła kawałek i oparła się o ścianę. Nie, nie, nie... On nie mógł odejść. Nie mógł... Stała tak jeszcze chwilę, póki nie zauważyła, że mężczyźni kończą rozmowę. Tretter odszedł w kierunku swojego gabinetu, ale Robert, być może nieświadomie, podążył w jej stronę.
— Możemy pozmawiać? — zastąpiła mu drogę, wiedząc, że to pewnie jej ostatnia szansa, by z nim porozmawiać.
— Tutaj? — Robert wyraźnie nie miał ochoty na tę rozmowę.
— Nie wiem, gdziekolwiek. — Agata była zbyt zdenerwowana, by zastanawiać się nad takimi szczegółami.
— Słucham.
— Chcesz odejść? — wypaliła prosto z mostu, patrząc na niego uważnie.
— Już to zrobiłem — powiedział cicho, przenosząc wzrok na ścianę.
— Dla... Dlaczego? — Agata nie chciała pokazać łez, ale one same cisnęły się jej do oczu.
— A jak myślisz?
— Ale... — Głos jej się załamał. — Przecież to nie przekreśla jeszcze wszystkiego.
— Agata. — Robert starał się, by jego głos brzmiał spokojnie. — Dla mnie już nie ma ratunku.
— Proszę cię... Nie mów tak.
— Przepraszam... — Nie wiedział, co ma zrobić, więc po prostu podszedł do niej i mocno ją przytulił.
— Nie pozwolę ci odejść, rozumiesz? Nie pozwolę ci tak tego wszystkiego zostawić... Ja cię nie zostawię, do cholery!
Nie wiedział, co ma powiedzieć, co zrobić. Brakowało mu słów, gestów. Pokręcił głową nad swoją bezradnością, widząc wlepione w niego oczy Agaty. Delikatnie starł łzy z jej policzków. Ujął jej twarz w swoje ręce i podniósł do góry. Jego wargi musnęły jej czoło. Przytulił ją jeszcze raz, po czym uśmiechnął się smutno i odszedł w stronę lekarskiego, zostawiając kompletnie zdezorientowaną Agatę samą.

Wchodząc do mieszkania Latoszków ujrzeli umiejscowione po kątach balony, gdzieniegdzie powieszone wstążki i parę innych urodzinowych ozdób. Kolacja była tylko dla młodych rodziców i najbliższych przyjaciół. To przecież dzięki Hanie i jej pomocy mogą dziś świętować pierwsze urodziny tego małego człowieczka. Pierwsze i nie ostatnie. Piotr wręczył prezent, który niósł całą drogę. Sam do końca nie wiedział, co tam się znajduje... W końcu nie on wybierał. Jako typowy mężczyzna nie przywiązywał do tego wagi, po prostu miał dać upominek, złożyć ładne życzenia i tyle, rola się kończy. Po jakiejś godzinie minęła ta bardziej oficjalna część przyjęcia. Kolacja zjedzona, „Sto lat” zaśpiewane, świeczki z tortu zdmuchnięte... Gdy mężczyźni zajmowali się wprowadzaniem Felka w temat motoryzacji, Hana i Lena odsunęły się na bok, co jakiś czas na nich zerkając podczas rozmowy. W jednym z takich momentów obie zobaczyły, jak silne i męskie ręce Piotra podnoszą z czułością tak maleńką i drobną istotę, jaką był Felek. Na twarzy Gawryły zaiskrzył uśmiech. Poczuł, jak przepływa przez niego pewien instynkt. Kiedy trzymał w objęciach małego dotarło do niego, że za parę miesięcy będzie mógł podnieść własne dziecko. Jemu samemu ciężko było się przed sobą przyznać, że to odczuwa. Zawsze uchodził za twardziela, który nie przejmował się taką wartością, jaką jest rodzina. Jego związki trwały chwilę, opierały się na jednym, nic na dłuższą metę. Przy Hanie się otworzył... Może tylko ją tak prawdziwie pokochał? Skoro tak to chyba warto było czekać tyle czasu, by dojść do tego punktu. Hana widząc tą scenę czuła, że jej wybranek będzie dobrym ojcem.  Samoistnie na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, co nie umknęło uwadze Leny.
— No i co tak się uśmiechasz? — zapytała podejrzliwie, sama mając radosny wyraz twarzy.
— Nie mogę? — Mimo, że chciała podzielić się tą radością ze wszystkimi, wolała poczekać i pochwalić się razem z ojcem dziecka.
— Możesz. – Przyjaciółka zainteresowała się coraz bardziej.
— No właśnie... Ale... Chyba muszę ci coś powiedzieć — Błysk w jej oczach mówił sam za siebie, to była radosna nowina.
— Tak? A co takiego? — zapytała Lena, zapatrzona w Piotra i Felka. — Piotr będzie świetnym ojcem — dodała, uśmiechając się pod nosem.
— Mam nadzieję — odpowiedziała tajemniczym tonem Hana.
— Miej nadzieję, miej. — Nie domyślając się niczego dalej wpatrywała się w słodki widok. — No, ale chyba miałaś mi coś powiedzieć?
— Będziesz ciocią. — Ulżyło jej, w końcu to z siebie wydusiła, tak radosnej nowiny długo nie można było ukrywać.
— Naprawdę!? — Lena przeżyła szok, takiej wiadomości się jednak nie spodziewała.
— Naprawdę.
— No to gratuluję. — Gdy już trochę się otrząsnęła, zaczęła się cieszyć z Haną.
Obie do końca spotkania siedziały wpatrzone w swoich mężczyzn. Nie żałowały ani jednego wyboru w swoim życiu. Były szczęśliwe i tylko to uczucie chciały pozostawić w swoich głowach. Szczęście.

Było już późno, gdy oboje wrócili z kolacji. W wejściu Hana omal nie potknęła się o buty Viki, co znaczyło, że dziewczyna była już w domu. Jednak nigdzie nie świeciło się światło, więc najpewniej Victoria już spała. Zresztą, było parę minut przed północą, więc nie było się czemu dziwić. Hana delikatnie złapała Piotra za rękę, gdy ten miał zamiar wrócić do siebie. Nie chciała być sama, a Gawryło nie protestował, wręcz przeciwnie.
— Zmęczona? — Uśmiechnął się, przyciągając ją bliżej siebie.
Od paru minut leżeli już w łóżku i choć oboje byli wykończeni, to jednak żadne z nich nie mogło zasnąć.
— Yhym... — Hana przewróciła się na drugi bok, by widzieć przed sobą twarz Piotra.
— Powiedziałaś Lenie? — zapytał, zaczynając bawić się jej włosami.
— A jak myślisz? — Kobieta nie mogła się nie uśmiechnąć na wspomnienie reakcji przyjaciółki.
— Myślę, że tak.
— To dobrze myślisz. — Na chwilę zapanowała cisza.
— Hana...
— Tak? — Goldberg podniosła głowę z poduszki, słysząc zmieniony ton głosu Piotra.
— A może byśmy gdzieś pojechali? Odpocząć, pobyć razem... Co ty na to?
— Co proponujesz? — Spojrzała na niego.
— Najpierw muszę się dowiedzieć czy w ogóle jesteś zainteresowana.
— Z tobą? Zawsze. — Uśmiechnęła się, ukazując urocze dołeczki w policzkach.
— Naprawdę? — Nie sądził, że pójdzie mu z nią tak łatwo.
— Naprawdę. — Ucałowała go lekko w policzek.
— To jak, Bałtyk czy wolisz coś... Cieplejszego?
— W zupełności wystarczy mi Bałtyk. — Hana nie miała zbyt wielkich wymagań. Byle z nim...
— Byłaś już tam kiedyś?
— Nie, i właśnie dlatego chcę tam pojechać. — Przewróciła oczami. — A ty?
— Jeździłem tam co roku na wakacje — zaśmiał się lekko, na widok wspomnień, które to przywoływało.
— To nie zaszkodzi ci pojechać jeszcze raz, prawda?
— Oczywiście, że nie. — W jego oczach pojawiło się rozbawienie.
— W takim razie, kiedy? — Hana od razu chciała ustalić konkrety.
— Jutro zapytam, kiedy możemy liczyć na wolne. Idziemy spać?
— Idziemy. — Kobieta wtuliła się w niego.
— Dobranoc. — Piotr pocałował ją w głowę.
— Dobranoc. — Hana nie mogła powstrzymać uśmiechu.
— A Gabrysi kolorowych snów.
— Jakiej Gabrysi? — Goldberg, zdziwiona, poderwała głowę.
— No, tej tutaj. — Delikatnie objął brzuch Hany.
— Dlaczego akurat Gabrysi? – Kobieta ciągle patrzyła na niego uważnie.
— No bo tak. Nie podoba ci się? — Zrobił smutną minę, ale jego oczy błyszczały.
— Podoba, jest śliczne, ale...
— Ale?
— A jak będzie chłopiec? — Uśmiechnęła się lekko.
— To wtedy będziemy się martwić. — Piotr pokręcił głową. — Śpijcie dobrze. — Jeszcze raz ucałował Hanę w głowę, a potem ją objął. Oboje zasnęli z uśmiechami na twarzy, nie wiedząc, że ich szczęście nie będzie trwało długo...
 ************

Nigdy bym nie uwierzyła, że koniec roku może być taki ciężki... Na szczęście jeszcze tylko ten tydzień, konferencja i nie ma się już o co martwić :) No, może o reakcję rodziców na oceny ;) Rozdział niezbyt długi, ale to dlatego, że następny już za tydzień w sobotę. Mam nadzieję, że w wakacje uda nam się je wstawiać regularnie, a potem... Zobaczymy.


Anja & kinina