środa, 23 lipca 2014

29. Znajomy ze studiów

Viki odgarnęła włosy z twarzy i odłożyła pustą torbę na bok. Niechętnie rozejrzała się po pokoju, krzywiąc się na widok porozrzucanych ubrań. Godzinę temu Piotr odstawił ją i Hanę pod blok i od tego czasu Victoria starała się dojść do ładu ze swoimi rzeczami, co wcale nie było takie proste. Nie zdążyła się nawet porządnie spakować u rezydentów, gdyż jej matka wraz z Gawryłą przyjechali o parę godzin wcześniej niż zapowiadali. Właściwie Viki nie robiło to zbyt wielkiej różnicy, ale każda wymówka była dobra, by usprawiedliwić panujący teraz w pokoju bałagan. Z zaskakującym nawet ją samą entuzjazmem odpowiedziała więc na wołanie Hany, by pomogła jej zrobić kolację. Cóż, wszystko było lepsze niż sprzątanie tego syfu.
Z drugiej strony, od momentu kiedy zostały same, Hana zachowywała się co najmniej dziwnie. Viki próbowała podpytać matkę, o co może chodzić, ale kobieta nie była zbyt rozmowna, więc dziewczyna szybko dała sobie spokój, zbywając dziwne zachowanie lekarki wzruszeniem ramion. 
Teraz bez słowa stanęła przy zlewie, biorąc do ręki pierwsze lepsze warzywo. Zdążyła umyć ręce i obrać połowę ogórka, kiedy wzrok Hany ponownie stał się dla niej nie do wytrzymania.
— Stało się coś? – zapytała, starając się brzmieć na spokojną.
— Nie, dlaczego? – Hana w odpowiedzi uśmiechnęła się nieco wymuszonym uśmiechem.
— Bo tak dziwnie na mnie patrzysz…
— Normalnie…
Viki przewróciła oczami i ponownie wzruszyła ramionami. Dzisiaj chyba niczego się nie dowie.
— A jak tam u rezydentów? – Hana spróbowała zmienić temat na bardziej przystępny, ale i to niewiele pomogło.
— W porządku.
— Mhm.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą tym razem przerwała Victoria.
— A… A jak było z Piotrem? – Chyba sama do końca nie wierzyła, że o to zapytała.
— Zaręczyliśmy się.
Viki z wrażenia upuściła nóż prosto do zlewu, robiąc przy tym sporo hałasu. Zamrugała, patrząc najpierw na nóż, później na ułożone obok zlewu warzywa, a w końcu przeniosła wzrok na Hanę. W jej niebieskich oczach czaiły się szok i niedowierzanie.
—  Żartujesz sobie ze mnie?
— Nie mam powodu.
A więc od początku o to chodziło…
— Uch, gratulacje. – Nie rozpoznała głosu, który wydobył się z jej ust. Pusty, bez jakichkolwiek emocji.
— Wiedziałam, że się ucieszysz.
Viki odruchowo skinęła głową. Kucnęła, opierając plecy o zimną szafkę. Chyba straciłam apetyt.
— Coś się dzieje, źle się czujesz? – Hana zbliżyła się do córki, patrząc na nią z lekką obawą. Może powinna ją do tego jakoś przygotować?
— Nie, w porządku – mruknęła mało przekonującym głosem. – A, jedna rzecz. Widziałam Jacka w szpitalu. – Nie czekając na reakcję Hany, szybko podniosła się z podłogi i zniknęła za drzwiami swojego pokoju.

Następnego dnia, gdy Hana weszła do lekarskiego, w środku znajdował się tylko Piotr.
— Hej. – Uśmiechnęła się do niego.
— Hej. – Gawryło odpowiedział jej tym samym. – Jak dyżur?
— Męczący, ale nie narzekam. A twój?
— Pamiętaj, że masz się oszczędzać. – Obrzucił ją surowym wzrokiem, co tylko wywołało śmiech u jego ukochanej.
— Oczywiście, panie doktorze!
— No, i tak ma być. – Posłał jej znaczące spojrzenie, starając się utrzymać powagę na twarzy. 
— Jeszcze mnie zamknij w domu i w ogóle nigdzie nie puszczaj.
— Rozważę to. – Chciał ją objąć, ale odsunęła się kawałek, uśmiechając się pod nosem.
— I myślisz, że cię posłucham?
— Nie – westchnął zrezygnowany i tym razem bez problemu złapał Goldberg w swoje ramiona. Nie zdążył jednak nic zrobić, gdyż w drzwiach pojawiła się pielęgniarka, wzywając go na pilną konsultację. Mruknął „Zaraz wracam” i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Hana, nadal z lekkim uśmiechem, usiadła za biurkiem i zajęła się przeglądaniem dokumentów, które ze sobą przyniosła, bo jakoś pożytecznie zająć resztę dyżuru. Po chwili podniosła głowę, słysząc kroki i głośną rozmowę.
— Jak tam operacja? – zapytała, widząc wchodzącą do lekarskiego Wiktorię, która właśnie wracała z bloku po ciężkiej operacji. Zaraz za nią do lekarskiego wszedł Jack, witając się z Haną.
— Było ciężko, ale daliśmy radę. Teraz trzeba tylko czekać… — Wiki kucnęła przy szafce z dokumentami, przerzucając znajdujące się tam teczki. Po chwili z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła to, czego szukała i obróciła się w stronę pozostałej dwójki. Hana była zajęta swoimi papierami, a Jack użerał się z ekspresem. Zaśmiała się lekko, widząc jego zmagania.
— Okej, ja muszę lecieć – rzuciła, czując wibrujący w kieszeni telefon. Pewnie Sambor. Wyszła, a w lekarskim zapanowała cisza.
— Wreszcie cię spotkałem. – Hana obróciła się na krześle, słysząc, że Jack się odezwał. Uśmiechnęła się do mężczyzny.
— Co cię tu sprowadza?
— Praca. — Wzruszył niedbale ramionami.
— Nie miałeś lepszych ofert niż Leśna Góra? – Zaśmiała się Hana. W końcu doskonale wiedziała, że Jack od kilku lat pracował w prywatnej klinice w USA.
— Może i miałem, ale ta najbardziej mi odpowiada.
— Przecież tu nie ma nic interesującego, chociaż może się mylę. 
Jack spojrzał na nią przeciągle, ale nie zdążył odpowiedzieć, gdyż do lekarskiego weszła kolejna tego dnia osoba. Piotr. Hana wstała uśmiechając się w kierunku ukochanego.
— Piotr, to jest nasz nowy neurochirurg i przy okazji mój… znajomy ze studiów, Jack Colden. – Hana zawahała się lekko. – Jack, to jest Piotr, nasz chirurg, pewnie będziecie ze sobą dużo pracować.
— Piotr Gawryło. – Piotr wyciągnął dłoń i zmierzył Coldena wzrokiem.
— Jack Colden. – Jack uścisnął mu rękę, odpowiadając lekko bezczelnym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust.
— Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało – powiedział pewnym tonem Gawryło, choć jego spojrzenie stwardniało.
— Nie wątpię w to.
Nastała chwila ciszy. Jack w końcu uśmiechnął się i przeprosił parę pod pretekstem zajrzenia do pacjenta. Ledwo zamknęły się za nim drzwi, a Piotr już obrócił się w kierunku Hany, obrzucając ją wzrokiem pełnym wyrzutu.
— Co? – Goldberg zmarszczyła brwi, patrząc na niego nierozumiejącym spojrzeniem.
— Kolega ze studiów… Przypadek?
— Najwyraźniej tak. – Hana wzruszyła ramionami, nadal nie rozumiejąc, do czego zdąża Piotr.
— Nie wydaje mi się.
— Piotr, o co ci chodzi? 
— O nic. Kompletnie o nic. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz naiwna.
— Naiwna? — wykrztusiła zdumiona.
— Dobrze wiesz, o czym mówię.
— Nie, nie wiem! Ubzdurałeś sobie coś, a ja nawet nie mam pojęcia, o co ci chodzi! – Nie czekając na reakcję ukochanego, wyszła z lekarskiego, głośno trzaskając drzwiami.

Pół godziny później, nadal zdenerwowany Piotr siedział w bufecie. Nagle znikąd pojawiła się Wiki, uśmiechając się szeroko i zajmując miejsce naprzeciwko niego.
— Cześć! Gotowy do operacji?
— Hm? – odparł, lekko zdezorientowany. – A, jasne, jak zawsze!
— Czekaj chwilę. – Wiki zmarszczyła brwi i wstała. Po chwili usiadła z powrotem, tym razem jednak ze szklanką parującego czarnego napoju. – Wszystko w porządku?
— Dlaczego nie?
— Nie wiem, dziwnie się zachowujesz. – Zbywająco wzruszyła ramionami i rozłożyła przed sobą wyniki badań pacjenta. Prędzej czy później Gawryło się odezwie, w końcu znała go już wystarczająco długo. Nie myliła się.
— Wiesz coś więcej o tym całym… Jacku? – Wiki podniosła głowę, słysząc pytanie.
— Właściwie nie wiem nic oprócz tego, że przez ostatnie kilka lat pracował w prywatnej klinice w USA.
— I stamtąd przeniósł się tutaj? – W głosie Piotra pojawiło się niedowierzanie.
— Podobno jakieś kłopoty rodzinne.
— No dobrze, a co z naszym pacjentem? – Piotr postanowił zmienić temat.
— Wszystkie badania są w porządku, możemy spokojnie operować.
— Świetnie. Za ile zaczynamy?
— Pół godziny? Ruud potrzebuje trochę czasu. – Piotr kiwnął głową i chwycił do ręki swój kubek z już prawie zimną kawą. Wypił ją jednym ruchem i skrzywił nieprzyjemnie, czując jak zimny napój ścieka mu w dół żołądka. – Właściwie dlaczego Colden tak cię interesuje?
— To jakiś znajomy Hany ze studiów… — mruknął niechętnie Gawryło, podnosząc wzrok na Wiki.
— To dlaczego jej o niego nie zapytasz? Pewnie wie więcej niż ja.
— Przed chwilą prawie się o to pokłóciliśmy. Nawet nie „prawie”.
— A co, zazdrosny jesteś? – zaśmiała się rudowłosa, ale zamilkła, widząc zmieniający się wyraz twarzy Gawryły. – Pioootr… — jęknęła, patrząc na niego wzrokiem mówiącym „Naprawdę?!”. – Niedawno się zaręczyliście, ty naprawdę myślisz, że Hana będzie się teraz oglądać za jakimś znajomym ze studiów?
— Nie, ale to jest silniejsze ode mnie.
— I dlatego chcesz się z nią kłócić?
— Nie chcę się z nią kłócić, to chyba oczywiste! – Piotr podniósł nieco głos, aż spojrzało na nich kilka osób również znajdujących się w bufecie. 
  — Nigdy nie zrozumiem facetów… — westchnęła Consalida z frustracją. – Nie chcesz się z nią kłócić, ale właśnie to zrobiłeś, doprawdy, bardzo logiczne – zironizowała.
— Chodźmy lepiej do pacjenta. – Piotr podniósł się z krzesła.
— Jasne, przecież najłatwiej udać, że tematu nie było! – krzyknęła za nim Wiktoria, zbierając powoli swoje papiery ze stolika. Naprawdę, chyba nigdy nie zrozumie facetów.

************
       Rozdział z małą obsuwą czasową, ale okazało się, że jedziemy nad morze i wywołało to małe zamieszanie + właściwie nie miałam najmniejszej chęci siąść i jakoś sklecić to, co napisałyśmy z Anją, chyba wena mnie opuściła. Dzisiaj się zmusiłam, tylko dlatego, że wieczorem wyjeżdżam i wtedy rozdziału nie byłoby aż do wtorku... Mam nadzieję, że mimo wszystko treść rozdziału nie jest taka najgorsza. Za wszelkie błędy przepraszamy, nie miałam już siły poprawiać go drugi raz.

Anja & kinina




niedziela, 6 lipca 2014

28. Czerwone pudełeczka

            Victoria westchnęła, z niechęcią patrząc na zamknięte drzwi. Cóż, powinna się tego spodziewać, w końcu nie miała kluczy do hotelu rezydentów, a nikt nie powiedział, że ktokolwiek będzie w środku, gdy ona wróci ze szkoły. Czekanie na schodach nie miało większego sensu, więc dziewczyna zarzuciła na ramię swoją torbę i szybkim krokiem ruszyła w stronę szpitala. Miała nadzieję, że znajdzie w środku Wiktorię albo któregokolwiek innego mieszkańca hotelu.
            Kilka minut później stała już przed wejściem do pokoju lekarskiego. Delikatnie otworzyła przymknięte drzwi i rozejrzała się po pomieszczeniu. Tyłem do niej stał mężczyzna, którego wcześniej tutaj nie widziała. Miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy i wyglądał na dobrze zbudowanego. Viki nie zdążyła dostrzec nic więcej, gdyż zauważyła wychodzącego z przebieralni Sambora. Weszła więc głębiej do pomieszczenia i uśmiechnęła się w kierunku mężczyzny.
            - Przepraszam, widział pan gdzieś Wiktorię?
            - Nie widziałem, ale może ja mógłbym w czymś pomóc? – Sambor również uśmiechnął się przyjaźnie.
            - Nie, dziękuję. Nie wie pan, gdzie mogę ją znaleźć?
            - Jest na bloku operacyjnym – odezwał się milczący do tej pory Jack. Viki natychmiast obróciła się, tylko po to, by spojrzeć w szare oczy, które dobrze znała. Kurwa.
            Nie zdążyła nawet zareagować, gdy drzwi do lekarskiego otworzyły się ponownie i weszła przez nie pielęgniarka, informując Sambora, że jest pilnie wzywany na blok operacyjny. Viki chwilę wahała się, czy nie wyjść za tą dwójką, ale ciekawość i złość zwyciężyły.
            - Dawno się nie widzieliśmy. – Głos Jacka niczego nie zdradzał.
            - I jakoś bym przeżyła, gdyby to już nigdy nie nastąpiło.
            - Jak widzisz, stało się inaczej. – Viki zagryzła wargę, starając się nie wybuchnąć i nie powiedzieć kilku słów za dużo.
            - Co tutaj robisz? – zapytała w zamian, starając się brzmieć na spokojną.
            - Pracuję, jak widać.
            - Ale dlaczego akurat tutaj?! – I to by było na tyle, jeśli chodzi o spokój.
            - Bo tutaj mnie zatrudnili.
            Victoria czuła, że rozmawia z nią jak z pięcioletnim dzieckiem, które niewiele rozumie. Nie podobała jej się ta sytuacja, ale jeszcze bardziej nie podobało to, że Colden w ogóle zjawił się w Polsce. I ze wszystkich szpitali wybrał właśnie ten, niewyróżniającą się prawie niczym Leśną Górę! Cóż, może poza tym jednym, małym szczegółem – pracowała tutaj Hana.
            - Chyba jednak pójdę poszukać Wiktorii – wymamrotała, chcąc jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Musiała przemyśleć kilka spraw.
            - Nie wejdziesz na blok, a operacja pewnie skończy się za kilka godzin.
            - Świetnie, więc pójdę gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. – Victoria obróciła się z zamiarem wyjścia, ale zatrzymały ją następne słowa Coldena.
            - Viki... Dobrze cię widzieć.
            Prawie się roześmiała, patrząc na mężczyznę z niedowierzaniem. W jej oczach pojawiły się łzy, których usilnie starała się nie uronić.
            - Dobrze mnie widzieć? Teraz dobrze ci mnie widzieć?! Bo jakoś przez ostatnie szesnaście lat mało cię to interesowało.
            - Miałem swoje powody.
            - W dupie mam twoje powody! – wrzasnęła, czując pierwsze łzy na policzkach. Tym razem już się nie zastanawiała, po prostu wybiegła z lekarskiego, nie oglądając się za siebie. Usłyszała jeszcze pielęgniarkę wzywającą Coldena na izbę, ale nawet się nie zatrzymała. Wybiegła ze szpitala i dopiero po chwili się zatrzymała, opierając o pobliskie drzewo. Usiadła na ziemi, ciężko oddychając. Łzy spływały jej po policzkach. Jak nigdy ostatnimi czasy miała ochotę zadzwonić do Hany i się wyżalić, ale powstrzymywało ją to, że mimo wszystko nie chciała rujnować matce wyjazdu. Zresztą, i tak wróci za kilka dni, więc na razie nie musi się martwić Coldenem. Poza tym, nie była nawet pewna, czy Hanę w jakikolwiek sposób ta sytuacja zmartwi. Cóż, raczej nie, prychnęła pod nosem. Otarła łzy z twarzy. Nie miała ochoty się stąd ruszać nawet o milimetr, ale dostrzegła wychodzącą ze szpitala Agatę. Jeszcze raz otarła twarz i mając nadzieję, że wygląda w miarę normalnie, podniosła się i szybkim krokiem dogoniła kobietę, starając się po drodze wyrzucić Jacka z pamięci.

            Hana uśmiechnęła się, wygodniej opierając o Piotra. Był wieczór, a oni jak co dzień o tej porze siedzieli na plaży, podziwiając powoli chylące się ku zachodowi słońce. Niebo było bezchmurne, a na plaży nie było prawie nikogo oprócz nich i spacerującej pary staruszków.
            - Może pójdziemy się przejść? – Cichy głos Piotra wytrącił ją ze swobodnych rozmyślań.
            - Możemy. – Kiwnęła głową na zgodę, podnosząc się z miejsca i czekając, aż Piotr zrobi to samo.
            Spacerowali kilkanaście minut brzegiem morza, brodząc nogami po piasku i płytkiej wodzie. Rozmawiali o różnych rzeczach, z pozoru nieważnych. W pewnym momencie Piotr przystanął, złapał ukochaną za ramiona i delikatnie obrócił w swoją stronę.
            - Hana, ja… - zaczął niepewnie, ale szybko zebrał się w sobie. – Muszę ci coś powiedzieć.
            Goldberg spojrzała na niego lekko zaniepokojonym wzrokiem, ale mimo wszystko postarała się, by jej głos brzmiał spokojnie:
- Co takiego?
- Bo widzisz… Mam nadzieję, że wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna…
Uśmiechnęła się. Wiedziała, że Piotr nie jest typem, który lubi wyznania, dlatego takie słowa tym bardziej wiele dla niej znaczyły.
- Wiem. Codziennie mi to udowadniasz. – Stanęła na palcach, delikatnie dotykając swoimi ustami jego. Piotr przyciągnął ją do siebie, na co ona zaśmiała się cicho. Śmiech szybko został jednak stłumiony przez usta Gawryły. Nie protestowała, oddała się pocałunkowi z przyjemnością. Objęła go za szyję, dłonie wplatając w jego włosy.
- Skoro już sobie to wyjaśniliśmy – zaśmiał się Piotr kilka minut później, ciągle trzymając Hanę w objęciach – to teraz zapraszam cię na kolację.
- Z przyjemnością. – Odsunęła się od Gawryły i chwyciła go za rękę.
Kilkadziesiąt minut później, przebrani w bardziej oficjalne ubrania, siedzieli w środku jednej z nadmorskich restauracji. Piotr, solidaryzując się z Haną, nie zamówił wina, oboje pili więc sok, delektując się pysznymi potrawami i jeszcze lepszym deserem. Oczywiście, jak można się było spodziewać, zeszli na tematy szpitalne, w końcu to był temat, o którym każde z nich mogłoby rozmawiać chyba bez końca. Goldberg jeździła łyżeczką po swoim talerzu z szarlotką na ciepło, jednocześnie z uśmiechem na twarzy słuchając słów Piotra o mężczyźnie, którego miał operować po powrocie. Zaabsorbowana słuchaniem nie zauważyła, że Gawryło zaczyna uważniej się jej przyglądać. Dopiero, gdy przerwał mówienie, podniosła głowę i napotkała jego rozbawiony wzrok. Zmarszczyła zabawnie czoło, co wywołało jedynie uśmiech na twarzy Piotra. W końcu pokręcił głową i sięgnął do kieszeni.
- Tak właściwie, to mam dla ciebie mały prezent.
- Prezent? Dla mnie? – Hana od razu zganiła się za zadanie takiego durnego pytania.
- Chyba nie dla mnie? – Goldberg wstrzymała oddech, widząc pudełko, które wyciągnął mężczyzna. Czerwone. Uch.
- Co to? – zapytała, mając nadzieję, że głos jej nie drży ani nie robi żadnej innej dziwnej rzeczy.
- Otwórz.
Jakby z obawą, Hana wzięła do ręki pudełeczko i niepewnie je otworzyła. W środku, na wyścielanej atłasem poduszeczce, znajdował się piękny, złoty łańcuszek. Och. Tego się tym bardziej nie spodziewała. Ale właściwie, na co liczyła? Że Piotr się jej oświadczy? Dobre sobie.
- Dziękuję, jest bardzo… piękny. – Miała nadzieję, że Piotr nie zauważy tego trochę zbyt wymuszonego uśmiechu.
- Cieszę się, że ci się podoba.
Piotr podjął swoją opowieść jakby nigdy nic, ale Hana już go nie słuchała. Gmerając łyżeczką w zimnej już szarlotce, wyrzucała sobie, jak mogła zachować się tak naiwnie. Dlaczego w ogóle pomyślała, że Piotr chciałby się jej oświadczyć? Niepotrzebnie zgotowała sobie takie głupie rozczarowanie. Raczej powinna się cieszyć, że ma takiego kochającego faceta, a nie jak zwykle szukać dziury w całym…
- Dasz się jeszcze wyciągnąć na mały spacer, zanim wrócimy? Proszę.
Przez chwilę chciała odmówić, ale dość szybko odrzuciła ten pomysł.
- Chodźmy. – Uśmiechnęła się zatem, tym razem nieco bardziej szczerze. Pozwoliła Piotrowi się poprowadzić i już kilka chwil później znajdowali się na molo. Słońce już niemal zaszło, tworząc fantazyjne wzory na morzu. Hana oparła się przodem o barierkę, mrużąc oczy przed promieniami, a w końcu zakładając na twarzy przeciwsłoneczne okulary. Piotr obejmował ją w pasie, równocześnie samemu podziwiając widoki. Miał jednak nieco nieobecną minę, jak gdyby myślami przebywał daleko stąd.
- Ładnie tu… - stwierdziła cicho Hana, wystawiając twarz w kierunku zachodzącego słońca.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie szumem fal, skrzeczeniem mew i cichymi rozmowami innych osób znajdujących się w tym momencie na molo. Nie było ich zbyt dużo, ledwie parę spacerujących par i kilka samotnych osób.
- Właściwie, to mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę, tym razem tę bardziej właściwą. – Głos Piotra przerwał ciszę. Hana, po raz kolejny tego dnia zaskoczona przez swojego faceta, obróciła się w jego stronę. Stał za nią, więc chcąc nie chcąc musiała oprzeć się o barierkę odgradzającą chodzących po molo ludzi od pełnego morza znajdującego się kilkanaście metrów pod nimi. Założyła ręce na piersi i spojrzała na ukochanego, czekając na ciąg dalszy. Piotr uśmiechnął się i podniósł jedną dłoń do jej twarzy, ściągając z niej okulary. Uśmiechnęła się i chwyciła je w dłoń, ciągle zastanawiając się, o co Piotrowi chodzi tym razem. Już miała otworzyć usta, by go o to zapytać, ale drugi raz tego dnia dostrzegła, że Gawryło trzyma w dłoni czerwone pudełeczko, prawie niczym nie różniące się od tego pierwszego. Zamilkła, gdy wnętrze pudełka ukazało to, co nie dawało jej spokoju od kolacji. Złoty pierścionek z wysadzaną diamentami różą.
- Zanim cokolwiek odpowiesz, to daj mi dokończyć, bo zaraz wszystkiego ze stresu zapomnę. Właściwie to przygotowałem sobie tyle wersji tego, co mam powiedzieć, że mógłbym cię tu zanudzać przez godzinę, ale nie o to mi chodzi. Kocham cię, i mam nadzieję, że to wiesz. Jesteś dla mnie bardzo ważna i nie wyobrażam sobie, że miałbym spędzić resztę życia z kimkolwiek innym niż ty. To przy tobie chciałbym się budzić, z tobą chciałbym dzielić wszystkie radości lub smutki i wierzę, że odwzajemniasz moje uczucia. Niedługo będziemy rodzicami, ale nie chcę, żebyś myślała, że to w jakiś sposób zmusiło mnie do podjęcia takiej a nie innej decyzji, bo i tak bym to zrobił. Kocham cię jak nigdy nie kochałem żadnej innej kobiety i już na pewno nie pokocham, dlatego chcę zadać ci jedno pytanie: czy zostaniesz moją żoną? – Uklęknął i z takiej pozycji spojrzał na nią pełnym napięcia wzrokiem. Stresował się, nawet chyba sam nie do końca był świadomy tego, jak bardzo, ale w końcu nie codziennie oświadcza się swojej ukochanej kobiecie.
Hana patrzyła na niego, kompletnie zszokowana. Cóż, tego z całą pewnością również się nie spodziewała. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że w jej oczach pojawiły się łzy, dopóki nie zauważyła nieco przestraszonego wzroku Piotra. Szybko otarła je wierzchem dłoni, chociaż wiedziała, że to nic nie da, bo nowe łzy już zaczęły płynąć po jej twarzy. Uśmiechnęła się szeroko, widząc coraz bardziej zdziwioną minę Gawryły.
- Tak. Zostanę twoją żoną. Do końca świata i jeden dzień dłużej.
Piotr nie potrzebował więcej. Od razu wziął dłoń Hany w własne i delikatnie wsunął jej pierścionek na palec. Wstał i objął swoją teraz już narzeczoną. Hana w odpowiedzi jedynie zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając bliżej i całując namiętnie w usta. Nie, żeby w tym momencie przejmowała się tymi kilkoma osobami spacerującymi wcześniej po molo, a teraz bijącym im brawo. Właściwie, to wywołało tylko jeszcze szerszy uśmiech na jej twarzy. Hana pozwoliła sobie uwierzyć, że chyba wszystko powoli zaczyna się układać. Jej relacje z Victorią, praca, Piotr…
Czas miał pokazać, jak bardzo się myliła.

************
Także ten, tego. Trochę krótko, ale może treść Wam to w jakiś sposób wynagrodzi. W następnym rozdziale, który powinien się ukazać do końca tygodnia, ale nie obiecuję, chyba w końcu się dowiecie, kim jest tajemniczy Jack, a przynajmniej skąd Hana i Viki go znają. Zapraszamy do komentowania, bo nawet nie wiecie, jak każdy taki komentarz motywuje ;)

Anja & kinina


niedziela, 22 czerwca 2014

27. Wyjazd

Był jesienny, sobotni poranek. Pogoda za oknem jakby przeczyła temu, że jest październik. Było ciepło, słońce świeciło, a ludzie, którzy już pokusili się o wyjście z domu, mieli na sobie ubrania świadczące bardziej o nadchodzącej wiośnie niż jesieni.
Victoria westchnęła, leniwie otwierając oczy. Zwykle spała do późnej godziny, jednakże dzisiaj… Cóż, pewnie i tak Hana zaraz wparuje do pokoju, żeby ją obudzić, więc to nie miało większego znaczenia.
— Victoria, wstawaj!
Wiedziałam.
— Daj mi spokój – wymamrotała odruchowo, naciągając kołdrę na głowę.
— Będziesz teraz miała tydzień spokoju. Wstawaj!
— Jeszcze chwila! – Victoria westchnęła. No ale właściwie czego miała się spodziewać?
— Viki... Bo poproszę Piotra, żeby cię ściągnął z łóżka i dostarczył w takim stanie do hotelu, co ty na to?
Niedoczekanie, pomyślała, natychmiast zrywając się z łóżka.
— Już dam sobie radę, dzięki. – Usłyszała śmiech Hany i obróciła się tylko po to, żeby zobaczyć, jak jej własna matka stoi oparta o futrynę drzwi i patrzy na nią z jawnym rozbawieniem.
— Cóż… Szkoda, chciałam pomóc. – Viki zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem, ale nawet to nie zmniejszyło uśmiechu Hany. Z westchnięciem ruszyła więc do szafy, wybierając pierwsze lepsze ciuchy, które nawinęły się jej pod rękę. Szybko skompletowała resztę potrzebnych jej rzeczy i wymijając nadal uśmiechniętą Goldberg, skierowała swoje kroki do łazienki.
Hana w tym czasie zaszyła się w kuchni, naprędce przygotowując jakieś śniadanie. Z tego, co zauważyła, już i tak były nieco w tyle, więc Piotr powinien zaraz przyjść. Właściwie to „zaraz” wydarzyło się jakieś pięć minut później, akurat gdy Viki wyszła z łazienki.
— Victoria, otwórz drzwi – poleciła córce i dopiero po chwili zorientowała się, że za drzwiami najprawdopodobniej będzie czekał Gawryło. Cóż, pozostawało jej tylko liczyć na to, że Viki oszczędzi sobie głupich komentarzy.
Dziewczyna westchnęła, szybko przekręcając klucz w zamku. Oczywiście ona od początku wiedziała, kogo się za drzwiami spodziewać, ale co zrobić?
— Cześć. – Gawryło uśmiechnął się do niej, kiedy tylko otworzyła drzwi.
— Cześć – odparła mu chłodno, jednocześnie starając się nie być przesadnie niemiłą. Nie chciała dostać od Hany kolejnego kazania, a była pewna, że jej matka wszystko słyszy.
— Mogę wejść?
— Wchodź. – Odsunęła się od drzwi, przepuszczając mężczyznę. Bez słowa skinęła mu głową w stronę kuchni, samej zamykając drzwi. Nie miała ochoty uczestniczyć w dalszej części rozmowy, dlatego ruszyła w kierunku swojego pokoju, mamrocząc pod nosem coś o pakowaniu. Mniejsza z tym, że spakowana była już od wczoraj, inaczej Hana chyba nie dałaby jej żyć.
Goldberg westchnęła, słysząc zamykające się za Viki drzwi. Przynajmniej nie była niemiła, pomyślała. Mimo wszystko chciałaby, żeby Victoria tutaj przyszła, usiadła z nimi i żeby mogli zjeść śniadanie jak cywilizowani ludzie. Cóż, najwyraźniej za wiele wymagała.
— Cześć. – Usłyszała za sobą Piotra i uśmiechnęła się delikatnie, czując jak Gawryło obejmuje ją ramionami. – Gotowa?
— Prawie. Zjemy jeszcze śniadanie i możemy się zbierać.
— Okej. W takim razie ja mógłbym już znieść wasze walizki.
— Dobry pomysł, tylko musisz zapytać Viki, czy na pewno wszystko spakowała. – Gawryło w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął i wypuścił ukochaną z objęć. Chwilę później stał już pod drzwiami pokoju Victorii. Delikatnie zapukał i niemal od razu usłyszał przytłumione „Proszę!”. Delikatnie otworzył drzwi. Viki siedziała na łóżku, przerzucając w dłoni jakieś papiery.
— Spakowana?
— Prawie. Przyjdę za pięć minut.
— Okej. – Cicho zamknął drzwi. W takim razie najpierw pójdzie wziąć rzeczy Hany.
W czasie, kiedy Piotr zajmował się walizką swojej ukochanej, Viki w końcu zdecydowała się wyjść z pokoju. Swoje rzeczy zostawiła w przedpokoju, kierując się w stronę kuchni. Bez słowa wzięła talerz z przygotowanym przez Hanę śniadaniem i usiadła przy oknie, gdzie miała widok na parking. I, chcąc nie chcąc, na Piotra również. Westchnęła, szybciej zabierając się za jedzenie kanapek, podczas gdy Gawryło zawitał do mieszkania jeszcze dwa razy. Dość szybko uwinęli się z całą resztą, mogli więc wychodzić.
— Wzięłaś wszystko? – zapytała Hana, gdy już siedzieli w samochodzie.
— A jak myślisz? – W głosie Viki dało się wyczuć irytację. Czy ja mam pięć lat?
— Tylko pytam.
— Nie musisz.
Piotr spojrzał krótko na Hanę, słysząc oschły ton Victorii, ale kobieta udawała, że widoki za oknem są ciekawsze. Nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać o swojej córce, a już tym bardziej nie w jej obecności. Miała nadzieję, że Gawryło nie zacznie tego tematu, ale na szczęście uratował ją dźwięk telefonu mężczyzny. Bez słowa podała mu komórkę, w duchu oddychając z ulgą. W ciszy przysłuchiwała się, jak Piotr rozmawia przez telefon, prawdopodobnie z kimś z Leśnej Góry, gdyż rozmawiali o jakimś pacjencie, którego Hana mgliście kojarzyła. Zanim Gawryło skończył rozmowę, byli już na miejscu.
Victoria wysiadła pierwsza, nie mogąc dłużej znieść tej irracjonalnej ciszy. Właściwie nie chodziło o samą ciszę, w końcu pół drogi Piotr rozmawiał przez telefon, bardziej o atmosferę. Może faktycznie była dla Hany zbyt niemiła, ale… Nie chcąc dłużej się nad tym zastanawiać, otworzyła bagażnik, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić z samochodu wyszedł Gawryło i bez słowa wyjął jej torbę.
— Dzięki – wymamrotała, bo nie bardzo wiedziała, co innego mogłaby powiedzieć.
— Odprowadzę cię, przecież to ciężkie. – Piotr wskazał na torbę, jednocześnie zamykając bagażnik.
— Daj spokój, poradzę sobie.
— Zaniosę ci to, a ty w międzyczasie zdążysz pożegnać się z Haną. – Nie zdążyła nawet zaprotestować, bo Gawryło już znajdował się kilka kroków od niej. Świetnie.
Hana również wyszła z samochodu i stała teraz oparta o drzwi. Viki z lekkim westchnięciem skierowała się w jej stronę, stając naprzeciwko niej.
— No. To pa. – Wymusiła w stronę swojej rodzicielki uśmiech, który, miała nadzieję, wyglądał w miarę szczerze.
— Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić.
— Wy też. – Co ja gadam?!
– I… Będę tęsknić.
— Hm… Ja chyba też. – Głos Victorii był niewiele głośniejszy od szeptu. Zdziwiona poczuła, że Hana delikatnie ją obejmuje. Niepewnie odwzajemniła uścisk, zamykając oczy, byle tylko się nie rozpłakać. To nie byłby odpowiedni moment.
— No – mruknęła Hana, gdy w końcu ją puściła. – To do zobaczenia w piątek. I masz być grzeczna. – Tym razem Viki tylko się uśmiechnęła, a potem, nie widząc innego wyjścia, obróciła się na pięcie i skierowała do hotelu rezydentów. Z całą pewnością zaczynał się ciekawy tydzień.

W lekarskim jak zwykle o tej porze panował gwar. Nie było się czemu dziwić – za chwilę miała odbyć się odprawa. Większość osób znajdujących się w pomieszczeniu już zajęła miejsca siedzące, niektórzy jednak ciągle zajęci byli innymi sprawami. Cały ten rozgardiasz przerwało wejście Trettera. Obok niego szedł mężczyzna, na oko przed czterdziestką. Miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy, delikatny zarost i szare oczy. Był dobrze zbudowany, bynajmniej tyle można było zobaczyć pod ciasno opiętą, jasnoniebieską koszulą.
— Witam wszystkich, chciałbym przedstawić nowego członka naszego zespołu – odezwał się Tretter, jakby nie zauważając, jakie wrażenie na zespole wywarł stojący obok niego mężczyzna. A wrażenie to było nader dobre, przynajmniej jeśli szło o żeńską część personelu. Męska… Z tym mogło już być różnie.
Jako, że prezentacja została już dokonana, należało teraz bliżej zapoznać się z nowym nabytkiem. Wiktoria, stojąca najbliżej, od razu poszła się przywitać.
— Wiktoria Consalida, miło mi.
— Jack Colden, mnie także. Jestem nowym neurochirurgiem.
Po krótkiej wymianie zdań, Wiki ustąpiła miejsca reszcie swoich kolegów i koleżanek, odchodząc nieco na bok, gdzie od razu pod swoje skrzydła wziął ją Tretter.
— Zajęta jesteś? – zaczął cicho. — Bo jeśli nie, to może oprowadziłabyś Coldena po oddziale? Ja nie mam za dużo czasu, a ktoś musi to zrobić.
Dlaczego by nie? Oczywiście, oprowadzi go tylko w celach czysto zawodowych, może dzięki temu weźmie ją na asystę do jakiejś ciekawej operacji.
— Oczywiście, panie dyrektorze. – Chyba powiedziała to nieco zbyt entuzjastycznie, bo stojący nieopodal Przemek obrzucił ją dziwnym spojrzeniem. Uśmiechnęła się w jego kierunku uspokajająco. W końcu nawet ktoś taki jak Colden nie mógł się z nim równać.
— Dzięki. – Tretter również się uśmiechnął i szybkim krokiem ruszył w stronę neurochirurga. — Doktor Consalida będzie robiła za przewodnika – zwrócił się bezpośrednio do niego. — Mam nadzieję, że szybko się pan tutaj zaaklimatyzuje – dodał.
— Również mam taką nadzieję. Dziękuję za wszystko. – Rozmawiali jeszcze kilka minut, aż w końcu Tretter pożegnał się z Coldenem i wyszedł z pomieszczenia. Reszta też mniej lub bardziej chętnie ruszyła zająć się swoją pracą. Jack obrócił się więc w kierunku Wiki i uśmiechnął szeroko. — To gdzie najpierw?
— Najlepiej zacznijmy od początku. – Kiwnęła ręką w stronę drzwi. — Może SOR? – W końcu to tam najwięcej się działo.
— Ty tu rządzisz.
Wiki jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi. I się zaczęło. Nie miała pojęcia, ile tak chodzili, w każdym razie dość długo. Złapała po drodze jeszcze kilka osób, których z różnych powodów nie było na odprawie i przedstawiła im Jacka.
— No, to właściwie widziałeś już wszystko – zaczęła, kiedy skończyli. Nigdy by nie pomyślała, że oprowadzanie kogokolwiek po szpitalu może być tak męczące. — No i znasz prawie wszystkich. Piotra pewnie poznasz dopiero jak wróci z urlopu, ale nie masz się czym przejmować, jest naprawdę dobrym chirurgiem i pewnie szybko się dogadacie.
— Jasne, dziękuję za pokazanie tego wszystkiego.
— Nie ma problemu. Poradzisz sobie dalej sam?
— Myślę, że tak, a jeśli nie, to pewnie gdzieś cię znajdę. – Wiki skinęła mu jeszcze głową na odchodne i każde z nich udało się do swojej pracy.

Viki westchnęła. Blanka brała właśnie prysznic, a ona siedziała w kuchni, rozmawiając na błahe tematy z Wiktorią. Nie, żeby jej to przeszkadzało, ale wyraźnie widziała, do jakiego tematu zmierza Consalida i niezbyt jej się to podobało. Rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Hana. Szybko zamieniły kilka słów. Victoria czuła się niezręcznie, widząc jak Wiki się jej przypatruje, ale starała się to zignorować, próbując skupić się tylko na rozmowie z matką. W końcu z westchnięciem odłożyła telefon i wygodniej rozłożyła się na krześle.
— Coś się stało? – zapytała Consalida, widząc nie do końca zadowoloną minę Victorii.
— Nie, nic się nie stało. Hana dzwoniła, są już na miejscu.
— Nie wyglądasz, jakbyś była z tego powodu zadowolona.
— Jest mi to obojętne. – Viki wzruszyła ramionami.
— Wydajesz się nie przepadać za Piotrem. – Wiktoria zdecydowała się poruszyć temat, o którym myślała już od dłuższego czasu. Nie chciała zmuszać dziewczyny do jakikolwiek zwierzeń ani zmieniać jej opinii o Gawryle, ale liczyła, że być może dowie się, dlaczego szatynka tak za nim nie przepada.
— Dlaczego tak uważasz?
— A co, lubisz go? – odpowiedziała jej jedynie cisza. – Cóż, to chyba jest równoznaczne z „nie”.
— Myślę, że to całkiem prawdopodobne – przyznała w końcu Victoria. Bo i po co miała kłamać?
— Nie jest taki zły, oczywiście jeśli lepiej się go pozna. – W końcu byli przyjaciółmi i co nieco o nim wiedziała.
— Jasne. – Victoria wymusiła w stronę Consalidy uśmiech. Tak jakby puste słowa miały zmienić jej opinię o Gawryle. Niedoczekanie. Ale czy to właśnie nie „puste słowa” sprawiły, że tak go nie cierpiała?
— Chyba cię nie przekonam.
— Może być ciężko – stwierdziła szczerze, odgarniając z twarzy kilka zabłąkanych kosmyków. Była już nieco zmęczona i najchętniej skończyłaby tę dziwną rozmowę, ale Wiktoria najwyraźniej postanowiła drążyć dalej.
— Naprawdę, powinnaś z nim chociaż pogadać, nie ma sensu skreślać kogoś na samym początku.
— Hana cię o to prosiła, prawda? – zdenerwowała się w końcu Viki. – Nie chcę słuchać kolejnej umoralniającej gadki w stylu, że „mam lepiej poznać Piotra”, poradzę sobie i bez tego.
— Nie rozmawiałam z Haną – zaprzeczyła Wiktoria, za co otrzymała jedynie sceptyczne spojrzenie szatynki. Przecież ty i tak zrobisz, jak będziesz chciała, moje gadanie jest tylko gadaniem.
Każdy to mówi. „Moje gadanie to tylko gadanie, zrobisz co chcesz”. Każdy. I każdy próbuje mi wmówić, co chcę robić. No, prawie każdy.
— Właściwie Piotr jest jedyną osobą, która nie mówi mi, że mam go „lepiej poznać”. Jeszcze chwila i chyba go za to polubię.
— Widzisz, on nawet nie chce ci się narzucać.
— Ja jemu też nie, więc to chyba dobry układ. Możemy zmienić temat? – poprosiła. – Nie będę go teraz widzieć przez tydzień, daj mi się tym nacieszyć.
— Jasne… — wymamrotała Wiktoria, niekoniecznie przekonana. – Idziecie gdzieś jutro? Ty i Blanka?
— Pewnie tak, ale nie mamy jeszcze żadnego konkretnego pomysłu. A jak w szpitalu?
— Kocioł, ale w miarę dajemy radę.
— Cóż, to dobrze. – Zapadła pomiędzy nimi cisza, która mimo wszystko nie była niezręczna. Każda z nich skupiła się na sobie, oddając się własnym przemyśleniom.
Nawet nie usłyszały, kiedy do kuchni weszła Blanka. Dopiero, kiedy pomachała dłonią przed twarzą swojej matki, obie się ocknęły.
— Skończyłam, łazienka wolna. – Te słowa skierowała do Viki.
— Okej. To w takim razie może ja pójdę… — Zrobiła nieokreślony ruch ręką i wstała z krzesła.
— Leć, a potem musimy pogadać. – Młodsza Consalida uśmiechnęła się w kierunku przyjaciółki, na co ta odpowiedziała podobnie.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Nieliczni ludzie, którzy jeszcze zostali na plaży, przypatrywali się temu niby zwykłemu zjawisku. Piotr mocniej objął Hanę, gdy ta delikatnie się poruszyła. Siedzieli na wydmach już od kilkunastu minut, oglądając nie tylko zachód słońca, ale także spokojnie rozbijające się o brzeg morskie fale.
— No i jak, podoba ci się? – zapytał cicho, nie chcąc niszczyć tego romantycznego klimatu.
— Jeszcze pytasz? Jest cudownie.
— Wiesz, wolałem się upewnić. – W odpowiedzi uzyskał uroczy uśmiech. – Idziemy? – zapytał po kilku kolejnych minutach, gdy słońce zniknęło za linią morza. – Widzę, że ci zimno – dodał i od razu zarzucił swoją bluzę na odkryte ramiona ukochanej.
— Dzięki… — Hana wtuliła się w nią, przy okazji przytulając się bardziej do Gawryły.
— Mam nadzieję, że nie jesteś specjalnie głodna, bo zanim coś przygotuję, może minąć trochę czasu.
— Nie jestem. Posiedźmy tu jeszcze chwilę. – Podniosła głowę by napotkać spojrzenie Gawryły. Delikatnie pochyliła się, by złożyć na jego ustach pocałunek, który mężczyzna odwzajemnił. Objęła jego twarz dłońmi, przyciągając go bliżej siebie.
— Okej – stwierdziła, gdy wreszcie się od siebie oderwali. – Skoro tak szarmancko zaproponowałeś, że zrobisz kolację, to właściwie możemy już iść.
— Jak sobie życzysz. – Piotr wstał i podał Hanie rękę, by pomóc jej się podnieść. Do domku, w którym się zatrzymali, nie mieli daleko, więc już po chwili znaleźli się w przytulnym wnętrzu.
— To na co masz dziś ochotę? – Gawryło uśmiechnął się dwuznacznie, na co kobieta jedynie pokręciła głową.
— Nie wiem, zdam się na twoje… umiejętności kulinarne – zaśmiała się. – Chociaż nie wiem, czy to taki dobry pomysł. – Te słowa wypowiedziała ciszej, niemniej dotarły one do uszu Piotra.
— Słyszałem… — mruknął, podchodząc do niej i objął ją od tyłu.
— Jakoś sobie z tym poradzę.
— W takim razie… Skoro wątpisz w moje umiejętności kulinarne… To może powinienem zaprezentować ci jakieś inne?
— Cóż… Kusząca propozycja. Niemniej, najpierw poczekam na obiecaną kolację. - Nie mogła powstrzymać śmiechu, gdy spojrzała na minę Piotra. Stanęła na palcach i delikatnie dotknęła wargami jego ust. - Tylko się pospiesz, bo jeszcze mogę się rozmyślić...
 *********
Od razu uprzedzam, że nie mam pojęcia, kiedy następny rozdział, mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości ;) Tego romantyzmu i w ogóle to miało być więcej, ale w końcu wyszło jak wyszło, w następnym rozdziale... A zresztą, co ja Wam tu będę fabułę zdradzać :D Ogólnie niezbyt podoba mi się ten rozdział, ale może to tylko ja narzekam, cóż. No, to teraz do roboty i komentować ;)!
Anja & kinina

wtorek, 17 czerwca 2014

26. Plany

Kilka dni po rozmowie z Haną, Piotr stał przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu Trettera. Chciał porozmawiać z nim o planowanym urlopie oraz poprosić o tydzień wolnego dla siebie i Hany. Wiedział, że moment na wakacje wybrali sobie nie najlepszy, ale miał nadzieję, że uda mu się przekonać Stefana. Westchnął, w myślach przygotowując się do przeprowadzenia dłuższej rozmowy. Nie miał jednak ochoty dłużej zwlekać, więc zapukał do znajdujących się przed nim drzwi. Po otrzymaniu odpowiedzi w postaci stłumionego „proszę” wstawił głowę do środka.
- Nie przeszkadzam? - zapytał, widząc Stefana siedzącego za zawalonym różnego rodzaju papierami biurkiem.
- Nie ukrywam, że trochę - przyznał Tretter, podnosząc głowę znad owego mebla. - Ale skoro już jesteś, mów, o co chodzi.
Gawryło zajął wskazane przez dyrektora miejsce i od razu zaczął wyjaśniać, z czym przyszedł.
- Potrzebuję tygodnia urlopu. Dla siebie i dla Hany. Wiem, że na chirurgii jest kocioł, ale...
- Ale co? - przerwał mu ostro Tretter. - Według ciebie dwóch lekarzy w tą czy w tamtą nie robi różnicy? Piotr, teraz jest najwięcej roboty! - Stefan spojrzał na młodszego kolegę z nieukrywaną irytacją. - I po co aż tydzień? - dodał, ciągle nie spuszczając wzroku z Gawryły.
- Przecież przyjąłeś tego nowego chirurga, jak mu tam... - Piotr szukał w głowie odpowiedniego imienia, umyślnie ignorując ostatnie pytanie Trettera. - Właśnie, Jack’a. - Olśniło go, gdy zauważył leżące na stercie papierów CV Coldena.
- Dobrze wiesz, że chirurdzy z dłuższym stażem mają większe zaufanie pacjentów...
- Przecież Colden jest jednym z najlepszych chirurgów - zaoponował natychmiast Gawryło. - Poza tym... Naprawdę zależy mi na tym urlopie - dodał, mając nadzieję, że Stefan domyśli się reszty.
- Widzę, że moje argumenty średnio działają... - westchnął Tretter, pocierając oczy. - Dlaczego tak ci na tym zależy?
- Bo... - Piotr zawahał się na chwilę. - Powiedzmy, że mam w tym swój interes - powiedział wreszcie, uśmiechając się nieznacznie.
- Dobra, nie wnikam w szczegóły... - Tretter poddał się, widząc, że najwyraźniej nic więcej nie zdziała. - Daj mi jeden dzień, pogadam z Wójcikiem, czy da sobie radę przez ten tydzień.
- Dzięki. - Gawryło uśmiechnął się szeroko.
- A teraz na oddział! - zakomenderował Tretter, chociaż on też nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu rozbawienia.
- Tak jest, szefie! - Piotr zasalutował Stefanowi typowo wojskowym gestem, przykładając dwa palce do czoła, po czym obrócił się na pięcie i, ciągle z uśmiechem na twarzy, wyszedł z gabinetu by poszukać Hany i przekazać jej radosne wieści.
Jednak już po wyjściu z pomieszczenia dostrzegł niezłe zamieszanie. Z tego, co zdążył się dowiedzieć, wychodziło na to, że w pobliskim budynku wybuchł pożar i mieli kilkunastu rannych. Odnotowując sobie w myślach, żeby odwiedzić Hanę po pracy, z westchnieniem ruszył na izbę.

Hana przygotowywała właśnie kolację, gdy rozległ się dźwięk dzwonka. Westchnęła i z niechęcią poszła otworzyć drzwi, jednak zaraz się uśmiechnęła, gdy zauważyła, kto za nimi stoi.
- Cześć. - Przywitał się z nią Gawryło, wchodząc do pomieszczenia. Od razu przyciągnął swoją ukochaną bliżej siebie, całując ją namiętnie w usta. - Mam dobrą wiadomość. - Uśmiechnął się tajemniczo, nadal nie zaprzestając poprzedniej czynności.
- Hej - wymamrotała Hana, gdy na chwilę się od siebie oderwali. - Jaką? - zapytała, czując usta Piotra na swojej szyi.
- Załatwiłem urlop dla nas. - Gawryło wreszcie oderwał się od Hany, jednak ciągle obejmował ją w talii. - Tretter pogada jeszcze z Wójcikiem, ale to tylko formalność.
- Nie myślałam, że od słów tak szybko przejdziesz do czynów.
- Musisz bardziej we mnie wierzyć - mruknął, udając obrażonego, jednak jego oczy błyszczały wesoło. - To co? Niedługo się pakujemy?
- Zależy, na kiedy załatwiłeś urlop.
- Od soboty jesteś cała moja...
- Uważaj, bo jeszcze będziesz miał nas dość. - Goldberg delikatnie położyła dłoń na brzuchu.
- Was? Nigdy. - Piotr spojrzał na Hanę z udawanym oburzeniem.
- To się okaże.
- Straszysz? - Mężczyzna zaczął bawić się kosmykiem włosów swojej ukochanej.
- Nie, ja tylko ostrzegam.
-To brzmi groźnie... Mimo to, jestem gotów zaryzykować.
- Jak... Szlachetnie.
- Ba, ma się to lekarskie poświęcenie. - Piotr starał się zachowywać powagę, co nie do końca mu wychodziło, szczególnie gdy Hana zaczęła się śmiać.
- I nieprzeciętną skromność, panie doktorze. - Goldberg odsunęła się od Piotra, gdy tylko usłyszała głos swojej córki. - Nie, spokojnie, nie krępuj się – dodała Viki, widząc gest Hany.
- Victoria, daruj sobie. - Kobieta ostro spojrzała na córkę.
- Wiesz - odparła natychmiast dziewczyna, jakby odpowiedź miała przygotowaną w głowie już od dłuższej chwili - ja tylko mówię, jakbyś się zastanawiała, czy chcę ten widok oglądać.
- Skoro tak się przypatrujesz, to chyba chcesz - odezwał się milczący do tej pory Gawryło.
- Raczej nie mam innego wyjścia.
- No nie masz, ale jeżeli chcesz to możemy przenieść te widoki do mojego mieszkania. - Piotr uśmiechnął się pod nosem.
- Byłoby miło, jeżeli tylko oszczędzisz mi reszty szczegółów.
- Spokojnie, oszczędzimy.
- W takim razie, dobrej zabawy życzę.
- Dziękuję, oszczędzę szczegółów, ale będzie dobra - powiedział Piotr, „przy okazji” obejmując Hanę w pasie.
- Ja jednak będę miała nadzieję na tę drugą opcję.
- Wiesz, nadzieję można mieć zawsze. - Gawryło wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać.
- Jak na razie jeszcze ją mam.
- Na razie?
- Bo jeszcze chwila i zwątpię.
- Dobra, dobra, lepiej nie trać tej nadziei. - Piotr posłał w jej kierunku uśmiech.
- A ty się tak nie uśmiechaj.
- Mówisz, masz. - Chirurg przestał się uśmiechać, jednak w jego oczach ciągle błyszczało rozbawienie.
- Dziękuję. - Victoria wykonała coś, co w zamierzeniu miało być ukłonem, i nie czekając na dalszy ciąg tego „dialogu” skierowała kroki do swojego pokoju.
- Rozmawiałaś z Viki o wyjeździe? - zapytał Piotr, gdy za dziewczyną zamknęły się drzwi.
- Słuchaj, ja naprawdę cię za nią przepraszam, ale... - zaczęła w tym samym momencie Hana.
- Czyli jeszcze nie powiedziałaś? Dobrze byłoby ją poinformować, niedługo wyjazd... Zrobisz to sama, pomóc? - Na chwilę zapadła cisza. - A, i nie przepraszaj. - Chirurg uśmiechnął się delikatnie.
- Nie, nie rozmawiałam z nią o tym jeszcze... - Głowę Hany zaprzątało zupełnie co innego. - I naprawdę cię przepraszam, nie wiem, czemu się tak zachowywała...
- Nie przepraszaj, te jej zachowanie było nawet zabawne, ma strasznie cięty język... Polubiłem ją, wiesz?
- Nie żartuj sobie.
- Nie żartuję, mówię serio. - Na twarzy Piotra pojawiło się lekkie rozbawienie, spowodowane tym, że Hana mu nie wierzyła.
- Yhym - wymamrotała, opierając czoło o jego ramię. - Powiedzmy, że jestem skłonna ci uwierzyć.
Piotr zaśmiał się cicho, obejmując Hanę ramieniem.
- Kawy, herbaty? - zapytała ona po chwili ciszy, podnosząc głowę i uśmiechając się lekko. Cieszyła się, że Piotr polubił Viki. Gdyby jeszcze Victoria tak łatwo zaakceptowała Gawryłę...
- Przecież możemy tak zostać, mnie się nigdzie nie spieszy.
- Tyle, że nic mądrego z tego nie wynika. - Hana przewróciła oczami.
- Jak nic mądrego? Uzgodniliśmy urlop, polubiłem twoją córkę, to chyba ważne rzeczy? Ale skoro tak bardzo nalegasz na kawę, to chętnie. - Wypuścił swoją ukochaną z objęć.
- Idziesz? - zapytała ona, wchodząc do kuchni. - Chyba, że masz zamiar tak stać w tym progu...
- Fajnie tu się stoi, zastanawiam się, czy nie wypić tu kawy... - powiedział Piotr z dobrze udawaną powagą.
W końcu jednak dał za wygraną i wszedł do kuchni. Posiedział tam przez chwilę i chociaż ciężko było mu się rozstać z Haną, to jednak musiał wracać do szpitala, gdzie obiecał skonsultować wyniki pacjentki Wiktorii. Z niechęcią pożegnał się z Goldberg, a kilkanaście minut później już był pod szpitalem.

Victoria zamknęła oczy, słysząc pukanie do drzwi. Hana. I pewnie kazanie, że ma się „nie odnosić tak do Piotra”. Świetnie.
- Viki, musimy pogadać. - Hana otworzyła drzwi.
- O czym?
- Wyjeżdżam z Piotrem na urlop i... Mam nadzieję, że poradzisz sobie sama.
Victoria, lekko zaskoczona, spojrzała na matkę. Obejdzie się bez morałów? Nie sądziła, że Hana zostawi ten temat w spokoju. Chciała ją nawet przeprosić, chociaż zdawała sobie sprawę, że to i tak nic by nie zmieniło.
- Wyjeżdżasz?
- Z Piotrem, na tydzień.
- Gdzie? - Dziewczyna w jakikolwiek sposób chciała podtrzymać rozmowę.
- Nad Bałtyk. I... Martwię się trochę o ciebie, w końcu zostaniesz sama na kilka dni... Może zamieszkasz na ten czas u rezydentów?
- A co miałoby mi się stać? - Viki przewróciła oczami. - I tak większość dnia będę spędzać w szkole.
- A potem? Może jednak?
- Przecież się nie zabiję - wymamrotała dziewczyna, podnosząc wzrok na Hanę.
- Tego nie powiedziałam. Aczkolwiek miewasz różne pomysły, więc byłabym spokojniejsza, gdybyś jednak u nich zamieszkała.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? - zapytała nieco zirytowana nastolatka. Przecież nie miała pięciu lat, mogła zostać sama w domu na kilka dni!
- Bo się o ciebie martwię? - To proste oświadczenie zaskoczyło Victorię. Nie, żeby myślała, że Hana ma ją gdzieś... Po prostu nigdy nie spodziewała się, że jej matka powie coś takiego.
- Skoro tak ci na tym zależy... - wzruszyła ramionami, tym samym zgadzając się na spędzenie kilku dni pod opieką rezydentów.
- Dzięki - Hana uśmiechnęła się delikatnie. - Porozmawiam jutro z Wiktorią. - Na chwilę zapadła cisza. - A jak tam w szkole?
- W porządku. - Viki kolejny raz wzruszyła ramionami, tym razem po to, by pokazać, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia. - Poznałam kilku fajnych ludzi, klasę mam niezłą...
- Więc chyba dobrze, prawda?
- Nie jest najgorzej - przyznała, nie chcąc wdawać się w jakieś długie dysputy. W końcu to były jej problemy, którymi nie chciała obarczać Hany. Przecież jej matka miała inne sprawy na głowie. A zresztą...
- Głodna? - Z jej rozmyślań wytracił ją głos Hany.
- Jasne - odparła niemal natychmiast, starając się przywołać na twarz coś, co chociaż mogłoby udawać uśmiech.
- To chodź, kolacja gotowa - Hana skinęła głową w stronę kuchni. Victoria westchnęła, jednakże, nie mając innego wyjścia, wstała i również skierowała swoje kroki do kuchni.

Ciepłe popołudnie. Agata przeglądała dokumenty swoich pacjentów, próbując się na czymś skupić. Kiepsko jej to wychodziło, myślała tylko o nim. Z rozmyślań wyrwał ją głos Trettera, który właśnie wszedł do pokoju lekarskiego. Koło niego stał ktoś, kogo nie znała. Może pacjent? Lekarz? Inwestor?
- O! Pani doktor pozwoli. To nasz nowy kardiolog, Marek Rogalski. - Wskazał na niego ręką, po czym szybko przeszedł do sedna sprawy. - Czeka na nowy oddział kardiologii interwencyjnej, póki co zostaje na internie. Mam nadzieję, że pani się zajmie naszym nowym „nabytkiem”.
- Tak, oczywiście. Agata Woźnicka, miło mi. - Podała dłoń Markowi, który odwzajemnij gest.
- Również mi miło, Marek Rogalski. - Spojrzał na nieobecną blondynkę, spoglądającą kątem oka na papiery. - No to... Będziemy kolegami z pracy. - Uśmiechnął się, chcąc przełamać niezręczną ciszę.
- Na to wygląda - odpowiedziała oschle, nie ciągnęło ją do dłuższej rozmowy, nie dziś.
- Który to miesiąc? - Marek pytał o cokolwiek, byle tylko nie słuchać tej ciszy.
- Piąty. - Na myśl o dziecku lekko się uśmiechnęła.
- A mogłabyś mnie oprowadzić po oddziale? Wiesz, jestem ten „nowy”.
- Jasne, nie ma problemu. - Nie wyraziła zbyt dużego entuzjazmu, ale od razu gestem pokazała drzwi na znak, że teraz będzie robiła za przewodnika. Marek jak przystało na dżentelmena przepuścił ją pierwszą delikatnie się przy tym uśmiechając. Szli długimi korytarzami, Agata, co chwilę omawiała poszczególne pomieszczenia. Laboratorium, sale internistyczne, pracownie rentgenowskie…
- Długo tu pracujesz? - Lekarz wyraźnie zainteresował się swoją towarzyszką.
- Kilka lat. - Po tych słowach omówiła kolejne dwa pokoje.
- Niezły staż, jak na tak młody wiek. - Ten komplement dopełnił uśmiechem i błyskiem w oku.
- A twój staż ile już liczy? - Błysk w oku podziałał.
- Z piętnaście będzie...
Stanęli przed drzwiami oddziału. Na tym wycieczka się skończyła. Marek mógł zacząć pracę.
- Tam jest oddział. - Wskazała wzrokiem i próbowała już odejść, ale Rogalski ciągnął rozmowę
- No, mam nadzieję na udaną współpracę. - Uśmiechnął się.
Nadzieję możesz mieć...
- I tak nie będziemy się często widywać. - Spojrzała wymownie na swój brzuch.
- Ale po porodzie wracasz, prawda?
- Tak, wracam. - Zapanowała cisza, więc Agata nie stała długo w bezruchu. Postanowiła wrócić do swoich obowiązków.
**************
Rozdział nieco później, niż miał być, ale to tylko dlatego, że przez weekend byłam na weselu w Zakopanem, a w piątek niestety nie zdążyłam nic wstawić, za co przepraszam. Dla ciekawskich - to ostatni stary rozdział, następny będzie już nowy, niepublikowany nigdzie wcześniej ;)


Anja & kinina