środa, 23 lipca 2014

29. Znajomy ze studiów

Viki odgarnęła włosy z twarzy i odłożyła pustą torbę na bok. Niechętnie rozejrzała się po pokoju, krzywiąc się na widok porozrzucanych ubrań. Godzinę temu Piotr odstawił ją i Hanę pod blok i od tego czasu Victoria starała się dojść do ładu ze swoimi rzeczami, co wcale nie było takie proste. Nie zdążyła się nawet porządnie spakować u rezydentów, gdyż jej matka wraz z Gawryłą przyjechali o parę godzin wcześniej niż zapowiadali. Właściwie Viki nie robiło to zbyt wielkiej różnicy, ale każda wymówka była dobra, by usprawiedliwić panujący teraz w pokoju bałagan. Z zaskakującym nawet ją samą entuzjazmem odpowiedziała więc na wołanie Hany, by pomogła jej zrobić kolację. Cóż, wszystko było lepsze niż sprzątanie tego syfu.
Z drugiej strony, od momentu kiedy zostały same, Hana zachowywała się co najmniej dziwnie. Viki próbowała podpytać matkę, o co może chodzić, ale kobieta nie była zbyt rozmowna, więc dziewczyna szybko dała sobie spokój, zbywając dziwne zachowanie lekarki wzruszeniem ramion. 
Teraz bez słowa stanęła przy zlewie, biorąc do ręki pierwsze lepsze warzywo. Zdążyła umyć ręce i obrać połowę ogórka, kiedy wzrok Hany ponownie stał się dla niej nie do wytrzymania.
— Stało się coś? – zapytała, starając się brzmieć na spokojną.
— Nie, dlaczego? – Hana w odpowiedzi uśmiechnęła się nieco wymuszonym uśmiechem.
— Bo tak dziwnie na mnie patrzysz…
— Normalnie…
Viki przewróciła oczami i ponownie wzruszyła ramionami. Dzisiaj chyba niczego się nie dowie.
— A jak tam u rezydentów? – Hana spróbowała zmienić temat na bardziej przystępny, ale i to niewiele pomogło.
— W porządku.
— Mhm.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą tym razem przerwała Victoria.
— A… A jak było z Piotrem? – Chyba sama do końca nie wierzyła, że o to zapytała.
— Zaręczyliśmy się.
Viki z wrażenia upuściła nóż prosto do zlewu, robiąc przy tym sporo hałasu. Zamrugała, patrząc najpierw na nóż, później na ułożone obok zlewu warzywa, a w końcu przeniosła wzrok na Hanę. W jej niebieskich oczach czaiły się szok i niedowierzanie.
—  Żartujesz sobie ze mnie?
— Nie mam powodu.
A więc od początku o to chodziło…
— Uch, gratulacje. – Nie rozpoznała głosu, który wydobył się z jej ust. Pusty, bez jakichkolwiek emocji.
— Wiedziałam, że się ucieszysz.
Viki odruchowo skinęła głową. Kucnęła, opierając plecy o zimną szafkę. Chyba straciłam apetyt.
— Coś się dzieje, źle się czujesz? – Hana zbliżyła się do córki, patrząc na nią z lekką obawą. Może powinna ją do tego jakoś przygotować?
— Nie, w porządku – mruknęła mało przekonującym głosem. – A, jedna rzecz. Widziałam Jacka w szpitalu. – Nie czekając na reakcję Hany, szybko podniosła się z podłogi i zniknęła za drzwiami swojego pokoju.

Następnego dnia, gdy Hana weszła do lekarskiego, w środku znajdował się tylko Piotr.
— Hej. – Uśmiechnęła się do niego.
— Hej. – Gawryło odpowiedział jej tym samym. – Jak dyżur?
— Męczący, ale nie narzekam. A twój?
— Pamiętaj, że masz się oszczędzać. – Obrzucił ją surowym wzrokiem, co tylko wywołało śmiech u jego ukochanej.
— Oczywiście, panie doktorze!
— No, i tak ma być. – Posłał jej znaczące spojrzenie, starając się utrzymać powagę na twarzy. 
— Jeszcze mnie zamknij w domu i w ogóle nigdzie nie puszczaj.
— Rozważę to. – Chciał ją objąć, ale odsunęła się kawałek, uśmiechając się pod nosem.
— I myślisz, że cię posłucham?
— Nie – westchnął zrezygnowany i tym razem bez problemu złapał Goldberg w swoje ramiona. Nie zdążył jednak nic zrobić, gdyż w drzwiach pojawiła się pielęgniarka, wzywając go na pilną konsultację. Mruknął „Zaraz wracam” i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Hana, nadal z lekkim uśmiechem, usiadła za biurkiem i zajęła się przeglądaniem dokumentów, które ze sobą przyniosła, bo jakoś pożytecznie zająć resztę dyżuru. Po chwili podniosła głowę, słysząc kroki i głośną rozmowę.
— Jak tam operacja? – zapytała, widząc wchodzącą do lekarskiego Wiktorię, która właśnie wracała z bloku po ciężkiej operacji. Zaraz za nią do lekarskiego wszedł Jack, witając się z Haną.
— Było ciężko, ale daliśmy radę. Teraz trzeba tylko czekać… — Wiki kucnęła przy szafce z dokumentami, przerzucając znajdujące się tam teczki. Po chwili z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła to, czego szukała i obróciła się w stronę pozostałej dwójki. Hana była zajęta swoimi papierami, a Jack użerał się z ekspresem. Zaśmiała się lekko, widząc jego zmagania.
— Okej, ja muszę lecieć – rzuciła, czując wibrujący w kieszeni telefon. Pewnie Sambor. Wyszła, a w lekarskim zapanowała cisza.
— Wreszcie cię spotkałem. – Hana obróciła się na krześle, słysząc, że Jack się odezwał. Uśmiechnęła się do mężczyzny.
— Co cię tu sprowadza?
— Praca. — Wzruszył niedbale ramionami.
— Nie miałeś lepszych ofert niż Leśna Góra? – Zaśmiała się Hana. W końcu doskonale wiedziała, że Jack od kilku lat pracował w prywatnej klinice w USA.
— Może i miałem, ale ta najbardziej mi odpowiada.
— Przecież tu nie ma nic interesującego, chociaż może się mylę. 
Jack spojrzał na nią przeciągle, ale nie zdążył odpowiedzieć, gdyż do lekarskiego weszła kolejna tego dnia osoba. Piotr. Hana wstała uśmiechając się w kierunku ukochanego.
— Piotr, to jest nasz nowy neurochirurg i przy okazji mój… znajomy ze studiów, Jack Colden. – Hana zawahała się lekko. – Jack, to jest Piotr, nasz chirurg, pewnie będziecie ze sobą dużo pracować.
— Piotr Gawryło. – Piotr wyciągnął dłoń i zmierzył Coldena wzrokiem.
— Jack Colden. – Jack uścisnął mu rękę, odpowiadając lekko bezczelnym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust.
— Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało – powiedział pewnym tonem Gawryło, choć jego spojrzenie stwardniało.
— Nie wątpię w to.
Nastała chwila ciszy. Jack w końcu uśmiechnął się i przeprosił parę pod pretekstem zajrzenia do pacjenta. Ledwo zamknęły się za nim drzwi, a Piotr już obrócił się w kierunku Hany, obrzucając ją wzrokiem pełnym wyrzutu.
— Co? – Goldberg zmarszczyła brwi, patrząc na niego nierozumiejącym spojrzeniem.
— Kolega ze studiów… Przypadek?
— Najwyraźniej tak. – Hana wzruszyła ramionami, nadal nie rozumiejąc, do czego zdąża Piotr.
— Nie wydaje mi się.
— Piotr, o co ci chodzi? 
— O nic. Kompletnie o nic. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz naiwna.
— Naiwna? — wykrztusiła zdumiona.
— Dobrze wiesz, o czym mówię.
— Nie, nie wiem! Ubzdurałeś sobie coś, a ja nawet nie mam pojęcia, o co ci chodzi! – Nie czekając na reakcję ukochanego, wyszła z lekarskiego, głośno trzaskając drzwiami.

Pół godziny później, nadal zdenerwowany Piotr siedział w bufecie. Nagle znikąd pojawiła się Wiki, uśmiechając się szeroko i zajmując miejsce naprzeciwko niego.
— Cześć! Gotowy do operacji?
— Hm? – odparł, lekko zdezorientowany. – A, jasne, jak zawsze!
— Czekaj chwilę. – Wiki zmarszczyła brwi i wstała. Po chwili usiadła z powrotem, tym razem jednak ze szklanką parującego czarnego napoju. – Wszystko w porządku?
— Dlaczego nie?
— Nie wiem, dziwnie się zachowujesz. – Zbywająco wzruszyła ramionami i rozłożyła przed sobą wyniki badań pacjenta. Prędzej czy później Gawryło się odezwie, w końcu znała go już wystarczająco długo. Nie myliła się.
— Wiesz coś więcej o tym całym… Jacku? – Wiki podniosła głowę, słysząc pytanie.
— Właściwie nie wiem nic oprócz tego, że przez ostatnie kilka lat pracował w prywatnej klinice w USA.
— I stamtąd przeniósł się tutaj? – W głosie Piotra pojawiło się niedowierzanie.
— Podobno jakieś kłopoty rodzinne.
— No dobrze, a co z naszym pacjentem? – Piotr postanowił zmienić temat.
— Wszystkie badania są w porządku, możemy spokojnie operować.
— Świetnie. Za ile zaczynamy?
— Pół godziny? Ruud potrzebuje trochę czasu. – Piotr kiwnął głową i chwycił do ręki swój kubek z już prawie zimną kawą. Wypił ją jednym ruchem i skrzywił nieprzyjemnie, czując jak zimny napój ścieka mu w dół żołądka. – Właściwie dlaczego Colden tak cię interesuje?
— To jakiś znajomy Hany ze studiów… — mruknął niechętnie Gawryło, podnosząc wzrok na Wiki.
— To dlaczego jej o niego nie zapytasz? Pewnie wie więcej niż ja.
— Przed chwilą prawie się o to pokłóciliśmy. Nawet nie „prawie”.
— A co, zazdrosny jesteś? – zaśmiała się rudowłosa, ale zamilkła, widząc zmieniający się wyraz twarzy Gawryły. – Pioootr… — jęknęła, patrząc na niego wzrokiem mówiącym „Naprawdę?!”. – Niedawno się zaręczyliście, ty naprawdę myślisz, że Hana będzie się teraz oglądać za jakimś znajomym ze studiów?
— Nie, ale to jest silniejsze ode mnie.
— I dlatego chcesz się z nią kłócić?
— Nie chcę się z nią kłócić, to chyba oczywiste! – Piotr podniósł nieco głos, aż spojrzało na nich kilka osób również znajdujących się w bufecie. 
  — Nigdy nie zrozumiem facetów… — westchnęła Consalida z frustracją. – Nie chcesz się z nią kłócić, ale właśnie to zrobiłeś, doprawdy, bardzo logiczne – zironizowała.
— Chodźmy lepiej do pacjenta. – Piotr podniósł się z krzesła.
— Jasne, przecież najłatwiej udać, że tematu nie było! – krzyknęła za nim Wiktoria, zbierając powoli swoje papiery ze stolika. Naprawdę, chyba nigdy nie zrozumie facetów.

************
       Rozdział z małą obsuwą czasową, ale okazało się, że jedziemy nad morze i wywołało to małe zamieszanie + właściwie nie miałam najmniejszej chęci siąść i jakoś sklecić to, co napisałyśmy z Anją, chyba wena mnie opuściła. Dzisiaj się zmusiłam, tylko dlatego, że wieczorem wyjeżdżam i wtedy rozdziału nie byłoby aż do wtorku... Mam nadzieję, że mimo wszystko treść rozdziału nie jest taka najgorsza. Za wszelkie błędy przepraszamy, nie miałam już siły poprawiać go drugi raz.

Anja & kinina




niedziela, 6 lipca 2014

28. Czerwone pudełeczka

            Victoria westchnęła, z niechęcią patrząc na zamknięte drzwi. Cóż, powinna się tego spodziewać, w końcu nie miała kluczy do hotelu rezydentów, a nikt nie powiedział, że ktokolwiek będzie w środku, gdy ona wróci ze szkoły. Czekanie na schodach nie miało większego sensu, więc dziewczyna zarzuciła na ramię swoją torbę i szybkim krokiem ruszyła w stronę szpitala. Miała nadzieję, że znajdzie w środku Wiktorię albo któregokolwiek innego mieszkańca hotelu.
            Kilka minut później stała już przed wejściem do pokoju lekarskiego. Delikatnie otworzyła przymknięte drzwi i rozejrzała się po pomieszczeniu. Tyłem do niej stał mężczyzna, którego wcześniej tutaj nie widziała. Miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy i wyglądał na dobrze zbudowanego. Viki nie zdążyła dostrzec nic więcej, gdyż zauważyła wychodzącego z przebieralni Sambora. Weszła więc głębiej do pomieszczenia i uśmiechnęła się w kierunku mężczyzny.
            - Przepraszam, widział pan gdzieś Wiktorię?
            - Nie widziałem, ale może ja mógłbym w czymś pomóc? – Sambor również uśmiechnął się przyjaźnie.
            - Nie, dziękuję. Nie wie pan, gdzie mogę ją znaleźć?
            - Jest na bloku operacyjnym – odezwał się milczący do tej pory Jack. Viki natychmiast obróciła się, tylko po to, by spojrzeć w szare oczy, które dobrze znała. Kurwa.
            Nie zdążyła nawet zareagować, gdy drzwi do lekarskiego otworzyły się ponownie i weszła przez nie pielęgniarka, informując Sambora, że jest pilnie wzywany na blok operacyjny. Viki chwilę wahała się, czy nie wyjść za tą dwójką, ale ciekawość i złość zwyciężyły.
            - Dawno się nie widzieliśmy. – Głos Jacka niczego nie zdradzał.
            - I jakoś bym przeżyła, gdyby to już nigdy nie nastąpiło.
            - Jak widzisz, stało się inaczej. – Viki zagryzła wargę, starając się nie wybuchnąć i nie powiedzieć kilku słów za dużo.
            - Co tutaj robisz? – zapytała w zamian, starając się brzmieć na spokojną.
            - Pracuję, jak widać.
            - Ale dlaczego akurat tutaj?! – I to by było na tyle, jeśli chodzi o spokój.
            - Bo tutaj mnie zatrudnili.
            Victoria czuła, że rozmawia z nią jak z pięcioletnim dzieckiem, które niewiele rozumie. Nie podobała jej się ta sytuacja, ale jeszcze bardziej nie podobało to, że Colden w ogóle zjawił się w Polsce. I ze wszystkich szpitali wybrał właśnie ten, niewyróżniającą się prawie niczym Leśną Górę! Cóż, może poza tym jednym, małym szczegółem – pracowała tutaj Hana.
            - Chyba jednak pójdę poszukać Wiktorii – wymamrotała, chcąc jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Musiała przemyśleć kilka spraw.
            - Nie wejdziesz na blok, a operacja pewnie skończy się za kilka godzin.
            - Świetnie, więc pójdę gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd. – Victoria obróciła się z zamiarem wyjścia, ale zatrzymały ją następne słowa Coldena.
            - Viki... Dobrze cię widzieć.
            Prawie się roześmiała, patrząc na mężczyznę z niedowierzaniem. W jej oczach pojawiły się łzy, których usilnie starała się nie uronić.
            - Dobrze mnie widzieć? Teraz dobrze ci mnie widzieć?! Bo jakoś przez ostatnie szesnaście lat mało cię to interesowało.
            - Miałem swoje powody.
            - W dupie mam twoje powody! – wrzasnęła, czując pierwsze łzy na policzkach. Tym razem już się nie zastanawiała, po prostu wybiegła z lekarskiego, nie oglądając się za siebie. Usłyszała jeszcze pielęgniarkę wzywającą Coldena na izbę, ale nawet się nie zatrzymała. Wybiegła ze szpitala i dopiero po chwili się zatrzymała, opierając o pobliskie drzewo. Usiadła na ziemi, ciężko oddychając. Łzy spływały jej po policzkach. Jak nigdy ostatnimi czasy miała ochotę zadzwonić do Hany i się wyżalić, ale powstrzymywało ją to, że mimo wszystko nie chciała rujnować matce wyjazdu. Zresztą, i tak wróci za kilka dni, więc na razie nie musi się martwić Coldenem. Poza tym, nie była nawet pewna, czy Hanę w jakikolwiek sposób ta sytuacja zmartwi. Cóż, raczej nie, prychnęła pod nosem. Otarła łzy z twarzy. Nie miała ochoty się stąd ruszać nawet o milimetr, ale dostrzegła wychodzącą ze szpitala Agatę. Jeszcze raz otarła twarz i mając nadzieję, że wygląda w miarę normalnie, podniosła się i szybkim krokiem dogoniła kobietę, starając się po drodze wyrzucić Jacka z pamięci.

            Hana uśmiechnęła się, wygodniej opierając o Piotra. Był wieczór, a oni jak co dzień o tej porze siedzieli na plaży, podziwiając powoli chylące się ku zachodowi słońce. Niebo było bezchmurne, a na plaży nie było prawie nikogo oprócz nich i spacerującej pary staruszków.
            - Może pójdziemy się przejść? – Cichy głos Piotra wytrącił ją ze swobodnych rozmyślań.
            - Możemy. – Kiwnęła głową na zgodę, podnosząc się z miejsca i czekając, aż Piotr zrobi to samo.
            Spacerowali kilkanaście minut brzegiem morza, brodząc nogami po piasku i płytkiej wodzie. Rozmawiali o różnych rzeczach, z pozoru nieważnych. W pewnym momencie Piotr przystanął, złapał ukochaną za ramiona i delikatnie obrócił w swoją stronę.
            - Hana, ja… - zaczął niepewnie, ale szybko zebrał się w sobie. – Muszę ci coś powiedzieć.
            Goldberg spojrzała na niego lekko zaniepokojonym wzrokiem, ale mimo wszystko postarała się, by jej głos brzmiał spokojnie:
- Co takiego?
- Bo widzisz… Mam nadzieję, że wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna…
Uśmiechnęła się. Wiedziała, że Piotr nie jest typem, który lubi wyznania, dlatego takie słowa tym bardziej wiele dla niej znaczyły.
- Wiem. Codziennie mi to udowadniasz. – Stanęła na palcach, delikatnie dotykając swoimi ustami jego. Piotr przyciągnął ją do siebie, na co ona zaśmiała się cicho. Śmiech szybko został jednak stłumiony przez usta Gawryły. Nie protestowała, oddała się pocałunkowi z przyjemnością. Objęła go za szyję, dłonie wplatając w jego włosy.
- Skoro już sobie to wyjaśniliśmy – zaśmiał się Piotr kilka minut później, ciągle trzymając Hanę w objęciach – to teraz zapraszam cię na kolację.
- Z przyjemnością. – Odsunęła się od Gawryły i chwyciła go za rękę.
Kilkadziesiąt minut później, przebrani w bardziej oficjalne ubrania, siedzieli w środku jednej z nadmorskich restauracji. Piotr, solidaryzując się z Haną, nie zamówił wina, oboje pili więc sok, delektując się pysznymi potrawami i jeszcze lepszym deserem. Oczywiście, jak można się było spodziewać, zeszli na tematy szpitalne, w końcu to był temat, o którym każde z nich mogłoby rozmawiać chyba bez końca. Goldberg jeździła łyżeczką po swoim talerzu z szarlotką na ciepło, jednocześnie z uśmiechem na twarzy słuchając słów Piotra o mężczyźnie, którego miał operować po powrocie. Zaabsorbowana słuchaniem nie zauważyła, że Gawryło zaczyna uważniej się jej przyglądać. Dopiero, gdy przerwał mówienie, podniosła głowę i napotkała jego rozbawiony wzrok. Zmarszczyła zabawnie czoło, co wywołało jedynie uśmiech na twarzy Piotra. W końcu pokręcił głową i sięgnął do kieszeni.
- Tak właściwie, to mam dla ciebie mały prezent.
- Prezent? Dla mnie? – Hana od razu zganiła się za zadanie takiego durnego pytania.
- Chyba nie dla mnie? – Goldberg wstrzymała oddech, widząc pudełko, które wyciągnął mężczyzna. Czerwone. Uch.
- Co to? – zapytała, mając nadzieję, że głos jej nie drży ani nie robi żadnej innej dziwnej rzeczy.
- Otwórz.
Jakby z obawą, Hana wzięła do ręki pudełeczko i niepewnie je otworzyła. W środku, na wyścielanej atłasem poduszeczce, znajdował się piękny, złoty łańcuszek. Och. Tego się tym bardziej nie spodziewała. Ale właściwie, na co liczyła? Że Piotr się jej oświadczy? Dobre sobie.
- Dziękuję, jest bardzo… piękny. – Miała nadzieję, że Piotr nie zauważy tego trochę zbyt wymuszonego uśmiechu.
- Cieszę się, że ci się podoba.
Piotr podjął swoją opowieść jakby nigdy nic, ale Hana już go nie słuchała. Gmerając łyżeczką w zimnej już szarlotce, wyrzucała sobie, jak mogła zachować się tak naiwnie. Dlaczego w ogóle pomyślała, że Piotr chciałby się jej oświadczyć? Niepotrzebnie zgotowała sobie takie głupie rozczarowanie. Raczej powinna się cieszyć, że ma takiego kochającego faceta, a nie jak zwykle szukać dziury w całym…
- Dasz się jeszcze wyciągnąć na mały spacer, zanim wrócimy? Proszę.
Przez chwilę chciała odmówić, ale dość szybko odrzuciła ten pomysł.
- Chodźmy. – Uśmiechnęła się zatem, tym razem nieco bardziej szczerze. Pozwoliła Piotrowi się poprowadzić i już kilka chwil później znajdowali się na molo. Słońce już niemal zaszło, tworząc fantazyjne wzory na morzu. Hana oparła się przodem o barierkę, mrużąc oczy przed promieniami, a w końcu zakładając na twarzy przeciwsłoneczne okulary. Piotr obejmował ją w pasie, równocześnie samemu podziwiając widoki. Miał jednak nieco nieobecną minę, jak gdyby myślami przebywał daleko stąd.
- Ładnie tu… - stwierdziła cicho Hana, wystawiając twarz w kierunku zachodzącego słońca.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie szumem fal, skrzeczeniem mew i cichymi rozmowami innych osób znajdujących się w tym momencie na molo. Nie było ich zbyt dużo, ledwie parę spacerujących par i kilka samotnych osób.
- Właściwie, to mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę, tym razem tę bardziej właściwą. – Głos Piotra przerwał ciszę. Hana, po raz kolejny tego dnia zaskoczona przez swojego faceta, obróciła się w jego stronę. Stał za nią, więc chcąc nie chcąc musiała oprzeć się o barierkę odgradzającą chodzących po molo ludzi od pełnego morza znajdującego się kilkanaście metrów pod nimi. Założyła ręce na piersi i spojrzała na ukochanego, czekając na ciąg dalszy. Piotr uśmiechnął się i podniósł jedną dłoń do jej twarzy, ściągając z niej okulary. Uśmiechnęła się i chwyciła je w dłoń, ciągle zastanawiając się, o co Piotrowi chodzi tym razem. Już miała otworzyć usta, by go o to zapytać, ale drugi raz tego dnia dostrzegła, że Gawryło trzyma w dłoni czerwone pudełeczko, prawie niczym nie różniące się od tego pierwszego. Zamilkła, gdy wnętrze pudełka ukazało to, co nie dawało jej spokoju od kolacji. Złoty pierścionek z wysadzaną diamentami różą.
- Zanim cokolwiek odpowiesz, to daj mi dokończyć, bo zaraz wszystkiego ze stresu zapomnę. Właściwie to przygotowałem sobie tyle wersji tego, co mam powiedzieć, że mógłbym cię tu zanudzać przez godzinę, ale nie o to mi chodzi. Kocham cię, i mam nadzieję, że to wiesz. Jesteś dla mnie bardzo ważna i nie wyobrażam sobie, że miałbym spędzić resztę życia z kimkolwiek innym niż ty. To przy tobie chciałbym się budzić, z tobą chciałbym dzielić wszystkie radości lub smutki i wierzę, że odwzajemniasz moje uczucia. Niedługo będziemy rodzicami, ale nie chcę, żebyś myślała, że to w jakiś sposób zmusiło mnie do podjęcia takiej a nie innej decyzji, bo i tak bym to zrobił. Kocham cię jak nigdy nie kochałem żadnej innej kobiety i już na pewno nie pokocham, dlatego chcę zadać ci jedno pytanie: czy zostaniesz moją żoną? – Uklęknął i z takiej pozycji spojrzał na nią pełnym napięcia wzrokiem. Stresował się, nawet chyba sam nie do końca był świadomy tego, jak bardzo, ale w końcu nie codziennie oświadcza się swojej ukochanej kobiecie.
Hana patrzyła na niego, kompletnie zszokowana. Cóż, tego z całą pewnością również się nie spodziewała. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, że w jej oczach pojawiły się łzy, dopóki nie zauważyła nieco przestraszonego wzroku Piotra. Szybko otarła je wierzchem dłoni, chociaż wiedziała, że to nic nie da, bo nowe łzy już zaczęły płynąć po jej twarzy. Uśmiechnęła się szeroko, widząc coraz bardziej zdziwioną minę Gawryły.
- Tak. Zostanę twoją żoną. Do końca świata i jeden dzień dłużej.
Piotr nie potrzebował więcej. Od razu wziął dłoń Hany w własne i delikatnie wsunął jej pierścionek na palec. Wstał i objął swoją teraz już narzeczoną. Hana w odpowiedzi jedynie zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągając bliżej i całując namiętnie w usta. Nie, żeby w tym momencie przejmowała się tymi kilkoma osobami spacerującymi wcześniej po molo, a teraz bijącym im brawo. Właściwie, to wywołało tylko jeszcze szerszy uśmiech na jej twarzy. Hana pozwoliła sobie uwierzyć, że chyba wszystko powoli zaczyna się układać. Jej relacje z Victorią, praca, Piotr…
Czas miał pokazać, jak bardzo się myliła.

************
Także ten, tego. Trochę krótko, ale może treść Wam to w jakiś sposób wynagrodzi. W następnym rozdziale, który powinien się ukazać do końca tygodnia, ale nie obiecuję, chyba w końcu się dowiecie, kim jest tajemniczy Jack, a przynajmniej skąd Hana i Viki go znają. Zapraszamy do komentowania, bo nawet nie wiecie, jak każdy taki komentarz motywuje ;)

Anja & kinina