sobota, 5 kwietnia 2014

23. Chcieć to jedno, musieć to drugie

Szpital w Leśnej Górze jak zwykle tętnił życiem. Jedynym miejscem, gdzie panowała cisza, był gabinet doktor Goldberg. Kobieta siedziała przed laptopem, wpatrując się w migotliwy ekran. Nie usłyszała nawet otwierających się drzwi, dopóki ktoś nie stanął obok niej.
— Hej. — Drgnęła, słysząc głos ukochanego. Mężczyzna podszedł do niej i pocałował ją w czoło.
— Hej. — Odpowiedziała mu swoim najpiękniejszym uśmiechem.
— Jak tam? —Odwzajemnił jej uśmiech.
— Nie pytaj... A co z tą twoją pacjentką? — Szybko zmieniła temat rozmowy.
— Właśnie ją wybudzaliśmy i wygląda na to, że wszystko jest w porządku.
— To chyba dobrze, prawda? — zapytała, patrząc, jak Gawryło wygodniej opiera się o biurko.
— Jak najbardziej.
— Więc co cię tu sprowadza?
— Przyszedłem do ciebie. — Kątem oka zerknął na wyświetlacz laptopa.
— Jak miło. — Zaśmiała się uroczo.
— A ty co? Licea oglądasz? — Spojrzał na ekran, gdy Hana po chwili ciszy wróciła do wcześniejszej „pracy”.
— Dla Victorii...
— A, no tak... Nie za późno?
— Sama nie wiem... Do wczoraj nawet nie byłam pewna, czy ona jednak tu zostanie. — Właściwie nadal tego nie wiem.
— Teraz będzie ciężko coś znaleźć...
— Jestem tego świadoma. — Uśmiechnęła się lekko.
— Masz już coś na oku?
— Sama nie wiem... — Wzruszyła ramionami.
— Pytałaś Viki? Może ona ma swoje typy...
— Viki... Coś wspomniała, ale z nią się czasem nie idzie dogadać...
— Czasem? — Zaśmiał się chirurg.
— Często, zadowolony?
— Nawet nie wiesz, jak bardzo.
— Bardzo śmieszne — mruknęła Hana, na chwilę odwracając głowę od laptopa.
— Bardzo. — Uśmiechnął się.
— Nie żartuj sobie. — Lekarka wstała, by odebrać telefon, który właśnie zadzwonił.
— Nie żartuję. — Gawryło przyciągnął ją bliżej siebie i nim zdążyła zaprotestować, pocałował ją.
— Jasne. — Hana odebrała telefon, gdy tylko się od siebie oderwali.
Rozmawiała przez chwilę z Wiktorią, ale Piotr ciągle nie wypuszczał jej z objęć. Wręcz przeciwnie, zaczął bawić się jej włosami. Lekarka odłożyła wreszcie komórkę i spojrzała z rozbawieniem na chirurga.
— Muszę lecieć, za pół godziny mam ważną operację.
— Leć, leć... — Piotr jeszcze raz ją pocałował.
Hana jedynie pokręciła głową i wyszła z gabinetu. Tymczasem wzrok Piotra spoczął na leżących na stole papierach. W jego głowie zaświtał pewien pomysł.

— Gotowy? — Wiktoria wpadła do pokoju jak burza.
— Co? — mruknął Przemek, podnosząc głowę tylko po to, by ujrzeć swoją żonę. — Mówiłaś coś? — zapytał, podnosząc z podłogi koszulkę i wrzucając ją do walizki.
— Wszystko spakowałeś? — powtórzyła, tym razem z rozbawieniem w głosie.
— Wierzysz w to? — Zapała spojrzał na nią ze zdumieniem.
— Nie, ale miałam głupią nadzieję... — Wiktoria westchnęła i usiadła na łóżku.
— Mogłabyś mi pomóc — zauważył z wyrzutem w głosie Przemek.
— Pomóc? Przecież sam sobie doskonale radzisz. — Rudowłosa uśmiechnęła się, wygodniej rozkładając się na łóżku.
— Dowcipne...
Następną godzinę spędzili, pakując się. To znaczy, pakował się Przemek, bo Wiki nie ruszyła się nawet ze swojego miejsca.
— Nigdy więcej — powiedział wykończony chirurg, opadając na łóżko obok rudowłosej.
— Trzeba było spakować się wczoraj. Ale nie, ty zawsze wszystko musisz zostawić na ostatnią chwilę.
— Jakoś wcześniej nigdy specjalnie mi to nie przeszkadzało... — westchnął, po czym złapał niczego niespodziewającą się Wiktorię pasie.
— Może w końcu powinno... — Uśmiechnęła się.
— Morze? Morze to jest głębokie i szerokie.
— Ale nie to, to przez "z" z kropką.
— Zawsze byłem słaby z ortografii. — Zapała wzruszył ramionami, ale oczy błyszczały mu wesoło.
— Nie można być najlepszym w każdej dziedzinie — odparła mu poważnie Wiktoria, odgarniając z twarzy pukiel swoich rudych włosów.
— Dziękuję za komplement, KOCHANIE.
— Ależ nie ma za co — odpowiedziała mu z "niewinnym" uśmieszkiem na twarzy.
— Właśnie tak myślę... — Chirurg zaczął podnosić się z posłania, ale zatrzymał go głos jego ukochanej.
— O czym?
— No, że nie ma za co. — Przewrócił oczami i ze śmiechem pokręcił głową.
— Ach... Głodny?
— Zależy, co proponujesz. — Z nagłym zainteresowaniem obrócił się w stronę dziewczyny.
— Zależy, co sobie zażyczysz.
— Hm... Pomyślimy – Wstał, Wiktoria również.
— Myśl. Może jak poćwiczysz, to będzie ci to wychodziło lepiej niż do tej pory...
— Przepraszam cię bardzo, ale czy ty czegoś przypadkiem nie sugerujesz, droga żono? — Przemek spojrzał na rudowłosą oburzonym wzrokiem.
— Oczywiście, że nie, drogi MĘŻU.
— No ja mam nadzieję. — Uśmiechnął się i zbliżył do Wiktorii. — Poza tym, tania to ty na pewno nie jesteś. — Zaśmiał się.
— Dzięki! — krzyknęła oburzona i już miała wyjść z ich wspólnej sypialni, ale poczuła, że czyjeś ręce łapią ją w pasie.
Nie zdążyła zareagować, gdy Zapała przerzucił ją sobie przez ramię.
— Ej! Puszczaj, Zapała... — mruknęła wściekle, chociaż na jej twarzy pojawił się uśmiech.
— Nie puszczę cię. Nigdy — powiedział uroczyście i ze śmiechem otworzył drzwi. — Poza tym... Chyba ktoś mi tu obiecał kolację, prawda?

Hana wyszła przed szpital, wdychając świeże powietrze. Zamknęła na chwilę oczy, ale szybko je otworzyła, gdy poczuła, że ktoś niespodziewanie łapie ją za rękę. Obróciła się, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
— Zmęczona? — zapytał Gawryło, który wyszedł z budynku chwilę po lekarce.
— Trochę... — Uśmiechnęła się delikatnie, odgarniając włosy z twarzy.
— Mam coś dla ciebie. — Na twarzy Piotra również zagościł uśmiech. — Ale... — Objął Hanę w pasie i przyciągnął bliżej siebie tak, że niemal zetknęli się nosami.
— Ale co? — Oczy lekarki błysnęły figlarnie.
— Najpierw musisz dać się podwieźć do domu.
— Tak, a mój samochód tu zostanie? — Hana oparła swoje dłonie o klatkę piersiową Gawryły.
— Tak, dokładnie — potwierdził chirurg, z ciągłym uśmiechem patrząc na stojącą przed nim dziewczynę.
— I możesz mi powiedzieć, jakim cudem dostanę się jutro do pracy?
— Pomyślmy... — Piotr udał, że się zastanawia, co jedynie rozbawiło lekarkę. — Przyjadę po ciebie?
— Nie odpuścisz? — westchnęła z udawanym rozczarowaniem, chociaż jej oczy się śmiały.
— Nigdy.
— Poważnie to zabrzmiało. — Hana starała się, by w jej głosie nie dało się wyczuć rozbawienia.
— Bo tak miało brzmieć. — Gawryło musnął jej usta swoimi, po czym objął ją ze śmiechem. – Chodź. — Powoli ruszyli w stronę jego auta.
Niecałe pół godziny później byli już pod blokiem szatynki. Piotr pierwszy wyszedł z samochodu by jak na dżentelmena przystało, otworzyć swojej wybrance drzwi.
— A teraz „nagroda”. — Uśmiechnął się i wyjął ze schowka teczkę.
Podał ją kobiecie, a ta spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— Mam się bać? — Zaśmiała się.
Jednak był to dziwny śmiech, można by rzec, że nawet trochę nerwowy.
— Nie, wystarczy, że jutro znajdziesz dłuższą chwilę czasu dla mnie.
— Jutro? Muszę pomyśleć.
— To pomyśl i daj znać. — Gawryło uśmiechnął się, a potem skinął głową w stronę teczki.
— Yhym... — mruknęła i z ociąganiem zaczęła ją otwierać.
— Pomyślałem że ci pomogę, no i... Chyba nie jesteś zła? — Spojrzał na Hanę. — Hm? — zapytał po dłużej chwili, podczas której doktor Goldberg z ciągłym szokiem wpatrywała się w papiery, które jeszcze chwilę temu spokojnie leżały w teczce.
— Ja... Nie wiem co powiedzieć — mruknęła wreszcie, podnosząc głowę.
— Najlepsze w Warszawie.
— Nie. Nie jestem zła — uśmiechnęła się. — Może zaskoczona, ale... — Przyciągnęła Piotra bliżej siebie, opierając się o samochód. Założyła mu swoje ręce na szyję, a on uśmiechnął się i objął ją w talii. — Dziękuję — szepnęła, a jego owiał jej słodki oddech.
— Nie ma za co. — Chirurg musnął wargi kobiety swoimi.
— Lecę. — Skinęła głową w kierunku mieszkania.
— Leć, leć.
— Dzięki jeszcze raz. — Cmoknęła go na pożegnanie w usta. — A jutro chyba znajdzie się jakaś chwila... — Nie mogła sobie odmówić tej przyjemności chwilowego podroczenia się z nim.
— Chyba? — Piotr odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.
— Chyba.
— Mam nadzieję, że chyba znaczy na pewno.
— Nadzieję to ty możesz mieć zawsze. — Zaśmiała się.
— Uważaj na słowa, bo jeszcze cię nie puszczę. — Jakby na potwierdzenie swoich słów objął ją mocniej w talii.
— To nie puszczaj...
— Proszę bardzo.
Stali tak przez dłuższą chwilę nic nie mówiąc. Ciszę przerwała Hana.
— Teraz już naprawdę muszę iść... — Nie chciała tego robić.
Chciała z nim zostać teraz, już, zawsze.
— Skoro musisz... — Uśmiechnął się smutno.
— Muszę. — Odwdzięczyła mu się tym samym. — Do jutra.
— Do jutra. — Pocałował ją jeszcze na pożegnanie.
Odprowadził Hanę wzrokiem, wsiadł do auta i pojechał do swojego, jakże pustego, mieszkania.

Victoria siedziała w swoim pokoju. Czytała książkę, chociaż tak naprawdę znała ją na pamięć. Drgnęła, gdy usłyszała zgrzyt zamka w drzwiach, ale po chwili uświadomiła sobie, że to tylko Hana.
— Hej, jestem już! — Usłyszała z przedpokoju.
— Hej! — rzuciła tylko.
Szybko odłożyła książkę na biurko i miała już wyjść z pokoju, gdy zauważyła zdjęcie leżące na podłodze. Musiało wypaść z... Zamarła. Co tu robiło JEGO zdjęcie? Nie namyślając się dłużej, przetargała je jednym, szybkim ruchem, wrzuciła do kosza i wyszła z pokoju.
— Musimy pogadać. — Usłyszała, gdy tylko weszła do kuchni.
Pogadać?
— O czym? — burknęła niezbyt miło, siadając na krześle.
— O twojej szkole.
— O szkole? Przecież i tak już mnie nigdzie nie przyjmą. — To jest kolejny powód, dla którego powinnam wrócić do Izraela.
— Nie możesz być tego taka pewna.
— To znaczy?
— Myślałaś o jakiejś szkole?
— Bo ja wiem? — wzruszyła ramionami. — Nie szukałam.
— Słuchaj, wiem, że wolałabyś wrócić do Izraela, ale...
— Ale?
— Ale zostajesz tutaj. Więc daruj sobie to przedstawienie. — Lekarka sięgnęła do swojej torebki i wyjęła z niej szarą kopertę.
— Co to? — Dziewczyna przewróciła oczami.
— Otworzysz? — Viki niechętnie otworzyła kopertę. — I?
— I? — Hana z napięciem spojrzała na córkę. — Jak to?
— Podobno najlepsze liceum w Warszawie. Blanka też tam idzie.
— Naprawdę?
— Nie, na niby. — Hana przewróciła oczami.
— Nic mi nie mówiła, że zostaje tutaj na stałe.
— Rozmawiałam dzisiaj z Wiktorią. Więc, co o tym myślisz? — Kiwnęła głową w stronę papierów.
— Nie wiem — mruknęła Victoria. — Ale powiedz mi, jak? — zapytała po chwili ciszy.
— Co jak? — Hana upiła łyk kawy, która była już prawie zimna.
— No, jak to zrobiłaś? — Viki przewróciła oczami z irytacją.
— Nie ja.
— A kto?
— Piotr — powiedziała lekarka po chwili ciszy, ciągle patrząc na córkę.
— Piotr?! A co on ma niby z tym wspólnego?
— Pomyślmy? — Hana udała, że się zastanawia. — Załatwił ci szkołę? — zapytała wreszcie, a w jej głosie pobrzmiewał sarkazm.
— Nie pójdę tam.
— Viki… — Hana zamknęła oczy.
— Co?
— Czy ty naprawdę musisz się tak zachowywać?
— Tak, czyli jak twoim zdaniem?
— Gdyby to nie Piotr załatwił ci tą szkołę, poszłabyś tam?
— A co to ma do rzeczy? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.
— Odpowiedz — poprosiła Hana.
Dziewczyna jednak nie odezwała się ani słowem. Jej myśli powędrowały do owego zdjęcia, które teraz leżało potargane w koszu. Cholera? Przecież nie będzie ich porównywać, prawda?
— Viki, on się naprawdę stara, chce, żebyś go zaakceptowała, więc dlaczego, do cholery, masz to w dupie?
Szatynka podniosła głowę, wytrącona z rozmyślań. Kiedy uświadomiła sobie, że jej matka mówi o Piotrze, poczuła coś na kształt... Ulgi?
— Zastanowię się — mruknęła.
Skierowała kroki do swojego pokoju, a chwilę później Hana usłyszała trzask drzwiami. O co jej chodzi?

Był ciepły, letni poranek, jeden z tych, kiedy to nikomu nie chce wychodzić się na zewnątrz. Hana wracała właśnie z zakupów, kiedy coś, a właściwie ktoś, na nią wpadł.
— Kacper, cholera! — usłyszała czyjś głos. — Chodzić nie umiesz?! — przed Haną pojawił się młody szatyn. — Przepraszam panią bardzo, to dziecko ma zbyt dużo energii w sobie? Ja pozbieram — mruknął, pomagając Hanie pozbierać rozsypane zakupy.
— Nic się nie stało. — Uśmiechnęła się lekarka, patrząc na pięciolatka, który stał obok swojego ojca ze zbolałym wyrazem twarzy.
— Jeszcze raz panią za niego przepraszam, mały urwis... — uśmiechnął się mężczyzna i potarmosił syna po włosach. — Jacek — powiedział, podając Hanie rękę oraz siatki z zakupami.
— Naprawdę nie ma za co. Hana. — Kobieta również podała mu rękę, przy okazji odbierając swoje zakupy.
— Mieszkasz gdzieś tutaj?
— W bloku obok. — Lekarka skinęła głową w stronę budynku. — A ty?
— Naprawdę? — zdziwił się Jacek. — Ja też. — Uśmiechnął się.
— Czyli wychodzi na to, że jesteśmy sąsiadami.
— Na to wygląda. To może w takim razie dasz się zaprosić na małą kawę? Tak w ramach przeprosin?
— Czemu nie — zaśmiała się Hana. — Tylko może odniosę zakupy. — Spojrzała na trzymane w dłoni siatki.
— Jasne. To widzimy się za chwilę. Kacper, chodź, idziemy. — Zwrócił się do syna.
Pół godziny później Hana była już w mieszkaniu Jacka. Victorii zostawiła kartkę, że poszła na kawę i trochę jej nie będzie. Jak się jednak okazało jej córka postanowiła nocować u Blanki, więc właściwie nie miała do czego albo raczej do kogo się spieszyć. Z Jackiem rozmawiało jej się naprawdę miło. Jak się okazało, jego żona zmarła 3 lata temu, a on długo nie umiał poradzić sobie z jej śmiercią. Wiedział jednak, że musi być silny, chociażby dla syna. Wyznał również Hanie, że ostatnio zaczął się nawet z kimś spotykać, nie był jednak pewien, co z tego wyjdzie. Lekarka musiała przyznać, że Jacek był naprawdę świetnym rozmówcą i sąsiadem. Poza tym, kiedyś była w podobnej sytuacji i wiedziała, co on przeżywa. Nawet nie zauważyła, że zbliżała się już 22. Musiała się zbierać, ale z chęcią przystała na jego propozycję ponownego spotkania, tym razem również z Piotrem i nową „znajomą” Jacka.
— Co ty tu robisz? — Hana, zaskoczona, spojrzała na swojego ukochanego, który najspokojniej w świecie siedział sobie w jej kuchni i najwyraźniej na nią czekał.
— Czekam na ciebie. — Piotr uśmiechnął się smutno. — Jak kawa u sąsiada?
— W porządku. Coś się stało? — zapytała po chwili, dostrzegając jego minę.
— Ty mnie o to pytasz?
— Tak, pytam. — Hana, nieco zirytowana, przewróciła oczami. — Więc?
— Jeżeli uważasz, że... A, zresztą. Jadę do domu, niepotrzebnie przyjeżdżałem. — Piotr wstał z zamiarem wyjścia.
— Ej, czekaj. — Szatynka złapała go za rękę. — O co ci chodzi, co?
— O nic.
— Jakoś ci nie wierzę — mruknęła Hana, patrząc na Piotra z rosnącą irytacją.
O co mu chodziło?
— Ty nie widzisz, hm... „problemu”, to co ci będę tłumaczył.
— Nie, nie widzę „problemu”. — Na chwilę zrobiło się cicho. — Proszę cię, nawet mi nie mów, że jesteś zazdrosny! — wybuchła nagle Hana, patrząc na stojącego przed nią bruneta.
— A nie mam być?
Szatynka chciała coś odpowiedzieć, jednakże przerwał jej dzwonek do drzwi.
— Zaczekaj chwilę, otworzę... — westchnęła, zastanawiając się, kogo to niesie o tej porze.
Jak się okazało, był to Jacek razem z Kacperkiem. Oddał Hanie torebkę, której zapomniała wziąć z jego mieszkania. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, po czym lekarka wróciła z powrotem do Piotra, który był już nieco, a nawet bardzo, zazdrosny.
— Wracając do poprzedniego tematu... — zaczęła, jak gdyby nigdy nic.
Piotr jedynie przeniósł wzrok na swoją ukochaną, chociaż w środku ciągle się w nim gotowało.
— To nie sądzę, byś miał powód do bycia zazdrosnym. — Zakończyła, uśmiechając się lekko.
— Naprawdę? — W głosie chirurga pobrzmiewał sarkazm.
— Nie, na niby — burknęła Hana i nieco zdenerwowana zaczęła robić sobie herbatę. A właściwie dwie herbaty.
— To dla mnie?
— A dla kogo? — Lekarce ciągle nie zmienił się humor, gdy podawała Piotrowi kubek z napojem.
— Ale nie wsypałaś mi żadnej trucizny? — zapytał mężczyzna, jakby dla upewnienia.
— Nie wiem, jak wypijesz to się przekonasz, prawda?
— Fajnie wyglądasz, jak się denerwujesz. — Uśmiechnął się wreszcie Gawryło, odbierając kubek od swojej ukochanej.
— Naprawdę? — Tym razem to w głosie Hany pojawiły się nutki sarkazmu.
— Yhym... Hana, no... — jęknął Piotr, patrząc na szatynkę. — Nie dziw mi się.
— Właśnie ci się dziwię.
— Niby czemu? Postaw się w mojej sytuacji, może wtedy zrozumiesz, o co mi chodzi?
— Nie, nadal nie rozumiem o co ci chodzi — przerwała mu Hana. — Przecież nie masz o kogo być zazdrosny.
— A ten facet to co? — wybuchł wreszcie Gawryło. — Powietrze?!
— Nie, sąsiad — odparła kobieta i najspokojniej w świecie upiła łyk herbaty.
— Sąsiad — powtórzył Piotr jak echo.
— Tak, TYLKO sąsiad — podkreśliła szatynka, odgarniając parę kosmyków z twarzy.
— Powiedzmy, że ci wierzę.
— Jakie powiedzmy? — oburzyła się Hana, patrząc na delikatnie uśmiechającego się mężczyznę.
— No powiedzmy. Musisz coś wymyślić, żeby przekonać mnie do końca.
— A jeśli powiem, że kocham tylko ciebie, to to ci wystarczy? — Objęła go za szyję, wcześniej odstawiając kubek z herbatą na blat stolika.
— Wystarczy, ale... Poskarżę się Viki.
— Ciekawe na co. — Hana nie mogła powstrzymać śmiechu.
— No, skoro kochasz tylko mnie?
— Musisz mnie łapać za słówka? — Lekarka znowu się zaśmiała.
— Muszę.
— Nie wydaje mi się.
— A mi wręcz przeciwnie. Może obejrzymy jakiś film? — Zaproponował, bawiąc się jej włosami.
— Jakiś konkretny?
— Decyzja należy do ciebie.
— Coś się wymyśli.
— Coś? — zaśmiał się Piotr.
— Tak, coś. Chodź. — Pociągnęła go w stronę salonu.
************
Przed Wami kolejny rozdział. Przepraszam, że tak późno, ale złożyło się na to kilka czynników, na które czasami nie miałyśmy wpływu. Pojęcia nie mam, kiedy następny, ale pewnie za jakiś tydzień, dwa.

Anja & kinina