Szpital
w Leśnej Górze jak zwykle tętnił życiem. Jedynym miejscem, gdzie panowała
cisza, był gabinet doktor Goldberg. Kobieta siedziała przed laptopem, wpatrując
się w migotliwy ekran. Nie usłyszała nawet otwierających się drzwi, dopóki ktoś
nie stanął obok niej.
— Hej. — Drgnęła, słysząc
głos ukochanego. Mężczyzna podszedł do niej i pocałował ją w czoło.
— Hej. — Odpowiedziała mu
swoim najpiękniejszym uśmiechem.
— Jak tam? —Odwzajemnił jej
uśmiech.
— Nie pytaj... A co z tą
twoją pacjentką? — Szybko zmieniła temat rozmowy.
— Właśnie ją wybudzaliśmy i
wygląda na to, że wszystko jest w porządku.
— To chyba dobrze, prawda? —
zapytała, patrząc, jak Gawryło wygodniej opiera się o biurko.
— Jak najbardziej.
— Więc co cię tu sprowadza?
— Przyszedłem do ciebie. —
Kątem oka zerknął na wyświetlacz laptopa.
— Jak miło. — Zaśmiała się
uroczo.
— A ty co? Licea oglądasz? —
Spojrzał na ekran, gdy Hana po chwili ciszy wróciła do wcześniejszej „pracy”.
— Dla Victorii...
— A, no tak... Nie za
późno?
— Sama nie wiem... Do
wczoraj nawet nie byłam pewna, czy ona jednak tu zostanie. — Właściwie nadal tego nie wiem.
— Teraz będzie ciężko coś
znaleźć...
— Jestem tego świadoma. — Uśmiechnęła
się lekko.
— Masz już coś na oku?
— Sama nie wiem... — Wzruszyła
ramionami.
— Pytałaś Viki? Może ona ma
swoje typy...
— Viki... Coś wspomniała,
ale z nią się czasem nie idzie dogadać...
— Czasem? — Zaśmiał się
chirurg.
— Często, zadowolony?
— Nawet nie wiesz, jak
bardzo.
— Bardzo śmieszne —
mruknęła Hana, na chwilę odwracając głowę od laptopa.
— Bardzo. — Uśmiechnął się.
— Nie żartuj sobie. — Lekarka
wstała, by odebrać telefon, który właśnie zadzwonił.
— Nie żartuję. — Gawryło
przyciągnął ją bliżej siebie i nim zdążyła zaprotestować, pocałował ją.
— Jasne. — Hana odebrała
telefon, gdy tylko się od siebie oderwali.
Rozmawiała przez chwilę z
Wiktorią, ale Piotr ciągle nie wypuszczał jej z objęć. Wręcz przeciwnie, zaczął
bawić się jej włosami. Lekarka odłożyła wreszcie komórkę i spojrzała z
rozbawieniem na chirurga.
— Muszę lecieć, za pół
godziny mam ważną operację.
— Leć, leć... — Piotr
jeszcze raz ją pocałował.
Hana jedynie pokręciła
głową i wyszła z gabinetu. Tymczasem wzrok Piotra spoczął na leżących na stole
papierach. W jego głowie zaświtał pewien pomysł.
— Gotowy? — Wiktoria wpadła
do pokoju jak burza.
— Co? — mruknął Przemek,
podnosząc głowę tylko po to, by ujrzeć swoją żonę. — Mówiłaś coś? — zapytał,
podnosząc z podłogi koszulkę i wrzucając ją do walizki.
— Wszystko spakowałeś? —
powtórzyła, tym razem z rozbawieniem w głosie.
— Wierzysz w to? — Zapała
spojrzał na nią ze zdumieniem.
— Nie, ale miałam głupią
nadzieję... — Wiktoria westchnęła i usiadła na łóżku.
— Mogłabyś mi pomóc —
zauważył z wyrzutem w głosie Przemek.
— Pomóc? Przecież sam sobie
doskonale radzisz. — Rudowłosa uśmiechnęła się, wygodniej rozkładając się na
łóżku.
— Dowcipne...
Następną godzinę spędzili,
pakując się. To znaczy, pakował się Przemek, bo Wiki nie ruszyła się nawet ze
swojego miejsca.
— Nigdy więcej — powiedział
wykończony chirurg, opadając na łóżko obok rudowłosej.
— Trzeba było spakować się
wczoraj. Ale nie, ty zawsze wszystko musisz zostawić na ostatnią chwilę.
— Jakoś wcześniej nigdy specjalnie
mi to nie przeszkadzało... — westchnął, po czym złapał niczego niespodziewającą
się Wiktorię pasie.
— Może w końcu powinno... —
Uśmiechnęła się.
— Morze? Morze to jest
głębokie i szerokie.
— Ale nie to, to przez
"z" z kropką.
— Zawsze byłem słaby z
ortografii. — Zapała wzruszył ramionami, ale oczy błyszczały mu wesoło.
— Nie można być najlepszym
w każdej dziedzinie — odparła mu poważnie Wiktoria, odgarniając z twarzy pukiel
swoich rudych włosów.
— Dziękuję za komplement,
KOCHANIE.
— Ależ nie ma za co —
odpowiedziała mu z "niewinnym" uśmieszkiem na twarzy.
— Właśnie tak myślę... — Chirurg
zaczął podnosić się z posłania, ale zatrzymał go głos jego ukochanej.
— O czym?
— No, że nie ma za co. — Przewrócił
oczami i ze śmiechem pokręcił głową.
— Ach... Głodny?
— Zależy, co proponujesz. —
Z nagłym zainteresowaniem obrócił się w stronę dziewczyny.
— Zależy, co sobie
zażyczysz.
— Hm... Pomyślimy – Wstał,
Wiktoria również.
— Myśl. Może jak
poćwiczysz, to będzie ci to wychodziło lepiej niż do tej pory...
— Przepraszam cię bardzo,
ale czy ty czegoś przypadkiem nie sugerujesz, droga żono? — Przemek spojrzał na
rudowłosą oburzonym wzrokiem.
— Oczywiście, że nie, drogi
MĘŻU.
— No ja mam nadzieję. — Uśmiechnął
się i zbliżył do Wiktorii. — Poza tym, tania to ty na pewno nie jesteś. — Zaśmiał
się.
— Dzięki! — krzyknęła
oburzona i już miała wyjść z ich wspólnej sypialni, ale poczuła, że czyjeś ręce
łapią ją w pasie.
Nie zdążyła zareagować, gdy
Zapała przerzucił ją sobie przez ramię.
— Ej! Puszczaj, Zapała... —
mruknęła wściekle, chociaż na jej twarzy pojawił się uśmiech.
— Nie puszczę cię. Nigdy —
powiedział uroczyście i ze śmiechem otworzył drzwi. — Poza tym... Chyba ktoś mi
tu obiecał kolację, prawda?
Hana wyszła przed szpital,
wdychając świeże powietrze. Zamknęła na chwilę oczy, ale szybko je otworzyła,
gdy poczuła, że ktoś niespodziewanie łapie ją za rękę. Obróciła się, a na jej
twarzy zagościł szeroki uśmiech.
— Zmęczona? — zapytał
Gawryło, który wyszedł z budynku chwilę po lekarce.
— Trochę... — Uśmiechnęła
się delikatnie, odgarniając włosy z twarzy.
— Mam coś dla ciebie. — Na
twarzy Piotra również zagościł uśmiech. — Ale... — Objął Hanę w pasie i
przyciągnął bliżej siebie tak, że niemal zetknęli się nosami.
— Ale co? — Oczy lekarki
błysnęły figlarnie.
— Najpierw musisz dać się
podwieźć do domu.
— Tak, a mój samochód tu
zostanie? — Hana oparła swoje dłonie o klatkę piersiową Gawryły.
— Tak, dokładnie —
potwierdził chirurg, z ciągłym uśmiechem patrząc na stojącą przed nim
dziewczynę.
— I możesz mi powiedzieć,
jakim cudem dostanę się jutro do pracy?
— Pomyślmy... — Piotr udał,
że się zastanawia, co jedynie rozbawiło lekarkę. — Przyjadę po ciebie?
— Nie odpuścisz? —
westchnęła z udawanym rozczarowaniem, chociaż jej oczy się śmiały.
— Nigdy.
— Poważnie to zabrzmiało. —
Hana starała się, by w jej głosie nie dało się wyczuć rozbawienia.
— Bo tak miało brzmieć. —
Gawryło musnął jej usta swoimi, po czym objął ją ze śmiechem. – Chodź. — Powoli
ruszyli w stronę jego auta.
Niecałe pół godziny później
byli już pod blokiem szatynki. Piotr pierwszy wyszedł z samochodu by jak na
dżentelmena przystało, otworzyć swojej wybrance drzwi.
— A teraz „nagroda”. — Uśmiechnął
się i wyjął ze schowka teczkę.
Podał ją kobiecie, a ta
spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— Mam się bać? — Zaśmiała
się.
Jednak był to dziwny
śmiech, można by rzec, że nawet trochę nerwowy.
— Nie, wystarczy, że jutro
znajdziesz dłuższą chwilę czasu dla mnie.
— Jutro? Muszę pomyśleć.
— To pomyśl i daj znać. —
Gawryło uśmiechnął się, a potem skinął głową w stronę teczki.
— Yhym... — mruknęła i z
ociąganiem zaczęła ją otwierać.
— Pomyślałem że ci pomogę,
no i... Chyba nie jesteś zła? — Spojrzał na Hanę. — Hm? — zapytał po dłużej
chwili, podczas której doktor Goldberg z ciągłym szokiem wpatrywała się w
papiery, które jeszcze chwilę temu spokojnie leżały w teczce.
— Ja... Nie wiem co
powiedzieć — mruknęła wreszcie, podnosząc głowę.
— Najlepsze w Warszawie.
— Nie. Nie jestem zła —
uśmiechnęła się. — Może zaskoczona, ale... — Przyciągnęła Piotra bliżej siebie,
opierając się o samochód. Założyła mu swoje ręce na szyję, a on uśmiechnął się
i objął ją w talii. — Dziękuję — szepnęła, a jego owiał jej słodki oddech.
— Nie ma za co. — Chirurg
musnął wargi kobiety swoimi.
— Lecę. — Skinęła głową w
kierunku mieszkania.
— Leć, leć.
— Dzięki jeszcze raz. — Cmoknęła
go na pożegnanie w usta. — A jutro chyba znajdzie się jakaś chwila... — Nie
mogła sobie odmówić tej przyjemności chwilowego podroczenia się z nim.
— Chyba? — Piotr odgarnął
kosmyk włosów z jej twarzy.
— Chyba.
— Mam nadzieję, że chyba
znaczy na pewno.
— Nadzieję to ty możesz
mieć zawsze. — Zaśmiała się.
— Uważaj na słowa, bo
jeszcze cię nie puszczę. — Jakby na potwierdzenie swoich słów objął ją mocniej
w talii.
— To nie puszczaj...
— Proszę bardzo.
Stali tak przez dłuższą chwilę
nic nie mówiąc. Ciszę przerwała Hana.
— Teraz już naprawdę muszę
iść... — Nie chciała tego robić.
Chciała z nim zostać teraz,
już, zawsze.
— Skoro musisz... — Uśmiechnął
się smutno.
— Muszę. — Odwdzięczyła mu
się tym samym. — Do jutra.
— Do jutra. — Pocałował ją
jeszcze na pożegnanie.
Odprowadził Hanę wzrokiem,
wsiadł do auta i pojechał do swojego, jakże pustego, mieszkania.
Victoria siedziała w swoim
pokoju. Czytała książkę, chociaż tak naprawdę znała ją na pamięć. Drgnęła, gdy
usłyszała zgrzyt zamka w drzwiach, ale po chwili uświadomiła sobie, że to tylko
Hana.
— Hej, jestem już! — Usłyszała
z przedpokoju.
— Hej! — rzuciła tylko.
Szybko odłożyła książkę na
biurko i miała już wyjść z pokoju, gdy zauważyła zdjęcie leżące na podłodze.
Musiało wypaść z... Zamarła. Co tu robiło JEGO zdjęcie? Nie namyślając się
dłużej, przetargała je jednym, szybkim ruchem, wrzuciła do kosza i wyszła z
pokoju.
— Musimy pogadać. — Usłyszała,
gdy tylko weszła do kuchni.
Pogadać?
— O czym? — burknęła
niezbyt miło, siadając na krześle.
— O twojej szkole.
— O szkole? Przecież i tak już
mnie nigdzie nie przyjmą. — To jest kolejny powód, dla którego powinnam wrócić
do Izraela.
— Nie możesz być tego taka
pewna.
— To znaczy?
— Myślałaś o jakiejś
szkole?
— Bo ja wiem? — wzruszyła ramionami.
— Nie szukałam.
— Słuchaj, wiem, że
wolałabyś wrócić do Izraela, ale...
— Ale?
— Ale zostajesz tutaj. Więc
daruj sobie to przedstawienie. — Lekarka sięgnęła do swojej torebki i wyjęła z
niej szarą kopertę.
— Co to? — Dziewczyna
przewróciła oczami.
— Otworzysz? — Viki
niechętnie otworzyła kopertę. — I?
— I? — Hana z napięciem
spojrzała na córkę. — Jak to?
— Podobno najlepsze liceum
w Warszawie. Blanka też tam idzie.
— Naprawdę?
— Nie, na niby. — Hana
przewróciła oczami.
— Nic mi nie mówiła, że zostaje
tutaj na stałe.
— Rozmawiałam dzisiaj z
Wiktorią. Więc, co o tym myślisz? — Kiwnęła głową w stronę papierów.
— Nie wiem — mruknęła Victoria.
— Ale powiedz mi, jak? — zapytała po chwili ciszy.
— Co jak? — Hana upiła łyk
kawy, która była już prawie zimna.
— No, jak to zrobiłaś? —
Viki przewróciła oczami z irytacją.
— Nie ja.
— A kto?
— Piotr — powiedziała
lekarka po chwili ciszy, ciągle patrząc na córkę.
— Piotr?! A co on ma niby z
tym wspólnego?
— Pomyślmy? — Hana udała,
że się zastanawia. — Załatwił ci szkołę? — zapytała wreszcie, a w jej głosie
pobrzmiewał sarkazm.
— Nie pójdę tam.
— Viki… — Hana zamknęła
oczy.
— Co?
— Czy ty naprawdę musisz
się tak zachowywać?
— Tak, czyli jak twoim
zdaniem?
— Gdyby to nie Piotr załatwił
ci tą szkołę, poszłabyś tam?
— A co to ma do rzeczy? —
odpowiedziała pytaniem na pytanie.
— Odpowiedz — poprosiła
Hana.
Dziewczyna jednak nie
odezwała się ani słowem. Jej myśli powędrowały do owego zdjęcia, które teraz
leżało potargane w koszu. Cholera? Przecież nie będzie ich porównywać, prawda?
— Viki, on się naprawdę
stara, chce, żebyś go zaakceptowała, więc dlaczego, do cholery, masz to w
dupie?
Szatynka podniosła głowę,
wytrącona z rozmyślań. Kiedy uświadomiła sobie, że jej matka mówi o Piotrze, poczuła
coś na kształt... Ulgi?
— Zastanowię się —
mruknęła.
Skierowała kroki do swojego
pokoju, a chwilę później Hana usłyszała trzask drzwiami. O co jej chodzi?
Był ciepły, letni poranek,
jeden z tych, kiedy to nikomu nie chce wychodzić się na zewnątrz. Hana wracała
właśnie z zakupów, kiedy coś, a właściwie ktoś, na nią wpadł.
— Kacper, cholera! —
usłyszała czyjś głos. — Chodzić nie umiesz?! — przed Haną pojawił się młody
szatyn. — Przepraszam panią bardzo, to dziecko ma zbyt dużo energii w sobie? Ja
pozbieram — mruknął, pomagając Hanie pozbierać rozsypane zakupy.
— Nic się nie stało. — Uśmiechnęła
się lekarka, patrząc na pięciolatka, który stał obok swojego ojca ze zbolałym
wyrazem twarzy.
— Jeszcze raz panią za
niego przepraszam, mały urwis... — uśmiechnął się mężczyzna i potarmosił syna
po włosach. — Jacek — powiedział, podając Hanie rękę oraz siatki z zakupami.
— Naprawdę nie ma za co.
Hana. — Kobieta również podała mu rękę, przy okazji odbierając swoje zakupy.
— Mieszkasz gdzieś tutaj?
— W bloku obok. — Lekarka
skinęła głową w stronę budynku. — A ty?
— Naprawdę? — zdziwił się
Jacek. — Ja też. — Uśmiechnął się.
— Czyli wychodzi na to, że
jesteśmy sąsiadami.
— Na to wygląda. To może w
takim razie dasz się zaprosić na małą kawę? Tak w ramach przeprosin?
— Czemu nie — zaśmiała się
Hana. — Tylko może odniosę zakupy. — Spojrzała na trzymane w dłoni siatki.
— Jasne. To widzimy się za
chwilę. Kacper, chodź, idziemy. — Zwrócił się do syna.
Pół godziny później Hana
była już w mieszkaniu Jacka. Victorii zostawiła kartkę, że poszła na kawę i
trochę jej nie będzie. Jak się jednak okazało jej córka postanowiła nocować u
Blanki, więc właściwie nie miała do czego albo raczej do kogo się spieszyć. Z
Jackiem rozmawiało jej się naprawdę miło. Jak się okazało, jego żona zmarła 3
lata temu, a on długo nie umiał poradzić sobie z jej śmiercią. Wiedział jednak,
że musi być silny, chociażby dla syna. Wyznał również Hanie, że ostatnio zaczął
się nawet z kimś spotykać, nie był jednak pewien, co z tego wyjdzie. Lekarka
musiała przyznać, że Jacek był naprawdę świetnym rozmówcą i sąsiadem. Poza tym,
kiedyś była w podobnej sytuacji i wiedziała, co on przeżywa. Nawet nie
zauważyła, że zbliżała się już 22. Musiała się zbierać, ale z chęcią przystała
na jego propozycję ponownego spotkania, tym razem również z Piotrem i nową „znajomą”
Jacka.
— Co ty tu robisz? — Hana,
zaskoczona, spojrzała na swojego ukochanego, który najspokojniej w świecie
siedział sobie w jej kuchni i najwyraźniej na nią czekał.
— Czekam na ciebie. — Piotr
uśmiechnął się smutno. — Jak kawa u sąsiada?
— W porządku. Coś się
stało? — zapytała po chwili, dostrzegając jego minę.
— Ty mnie o to pytasz?
— Tak, pytam. — Hana, nieco
zirytowana, przewróciła oczami. — Więc?
— Jeżeli uważasz, że... A,
zresztą. Jadę do domu, niepotrzebnie przyjeżdżałem. — Piotr wstał z zamiarem
wyjścia.
— Ej, czekaj. — Szatynka
złapała go za rękę. — O co ci chodzi, co?
— O nic.
— Jakoś ci nie wierzę —
mruknęła Hana, patrząc na Piotra z rosnącą irytacją.
O
co mu chodziło?
— Ty nie widzisz, hm... „problemu”,
to co ci będę tłumaczył.
— Nie, nie widzę „problemu”.
— Na chwilę zrobiło się cicho. — Proszę cię, nawet mi nie mów, że jesteś
zazdrosny! — wybuchła nagle Hana, patrząc na stojącego przed nią bruneta.
— A nie mam być?
Szatynka chciała coś
odpowiedzieć, jednakże przerwał jej dzwonek do drzwi.
— Zaczekaj chwilę,
otworzę... — westchnęła, zastanawiając się, kogo to niesie o tej porze.
Jak się okazało, był to
Jacek razem z Kacperkiem. Oddał Hanie torebkę, której zapomniała wziąć z jego
mieszkania. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, po czym lekarka wróciła z powrotem
do Piotra, który był już nieco, a nawet bardzo, zazdrosny.
— Wracając do poprzedniego
tematu... — zaczęła, jak gdyby nigdy nic.
Piotr jedynie przeniósł
wzrok na swoją ukochaną, chociaż w środku ciągle się w nim gotowało.
— To nie sądzę, byś miał
powód do bycia zazdrosnym. — Zakończyła, uśmiechając się lekko.
— Naprawdę? — W głosie
chirurga pobrzmiewał sarkazm.
— Nie, na niby — burknęła
Hana i nieco zdenerwowana zaczęła robić sobie herbatę. A właściwie dwie
herbaty.
— To dla mnie?
— A dla kogo? — Lekarce
ciągle nie zmienił się humor, gdy podawała Piotrowi kubek z napojem.
— Ale nie wsypałaś mi
żadnej trucizny? — zapytał mężczyzna, jakby dla upewnienia.
— Nie wiem, jak wypijesz to
się przekonasz, prawda?
— Fajnie wyglądasz, jak się
denerwujesz. — Uśmiechnął się wreszcie Gawryło, odbierając kubek od swojej
ukochanej.
— Naprawdę? — Tym razem to
w głosie Hany pojawiły się nutki sarkazmu.
— Yhym... Hana, no... —
jęknął Piotr, patrząc na szatynkę. — Nie dziw mi się.
— Właśnie ci się dziwię.
— Niby czemu? Postaw się w
mojej sytuacji, może wtedy zrozumiesz, o co mi chodzi?
— Nie, nadal nie rozumiem o
co ci chodzi — przerwała mu Hana. — Przecież nie masz o kogo być zazdrosny.
— A ten facet to co? —
wybuchł wreszcie Gawryło. — Powietrze?!
— Nie, sąsiad — odparła
kobieta i najspokojniej w świecie upiła łyk herbaty.
— Sąsiad — powtórzył Piotr
jak echo.
— Tak, TYLKO sąsiad —
podkreśliła szatynka, odgarniając parę kosmyków z twarzy.
— Powiedzmy, że ci wierzę.
— Jakie powiedzmy? — oburzyła
się Hana, patrząc na delikatnie uśmiechającego się mężczyznę.
— No powiedzmy. Musisz coś
wymyślić, żeby przekonać mnie do końca.
— A jeśli powiem, że kocham
tylko ciebie, to to ci wystarczy? — Objęła go za szyję, wcześniej odstawiając
kubek z herbatą na blat stolika.
— Wystarczy, ale...
Poskarżę się Viki.
— Ciekawe na co. — Hana nie
mogła powstrzymać śmiechu.
— No, skoro kochasz tylko
mnie?
— Musisz mnie łapać za
słówka? — Lekarka znowu się zaśmiała.
— Muszę.
— Nie wydaje mi się.
— A mi wręcz przeciwnie.
Może obejrzymy jakiś film? — Zaproponował, bawiąc się jej włosami.
— Jakiś konkretny?
— Decyzja należy do ciebie.
— Coś się wymyśli.
— Coś? — zaśmiał się Piotr.
— Tak, coś. Chodź. — Pociągnęła
go w stronę salonu.
************
Przed Wami kolejny rozdział. Przepraszam, że tak późno, ale złożyło się na to kilka czynników, na które czasami nie miałyśmy wpływu. Pojęcia nie mam, kiedy następny, ale pewnie za jakiś tydzień, dwa.
Anja & kinina